„Zrezygnujesz. Natychmiast”.
Jego oczy się rozszerzyły.
„Żadnego złotego spadochronu. Żadnej opłaty za konsultacje. Żadnego tytułu honorowego prezesa. Odchodzisz i nigdy więcej nie stawiasz stopy w budynku. Zostajesz wymazany z firmy, którą zbudowałeś”.
Jego usta otwierały się i zamykały jak ryba na haczyku. „Ty… ty nie mówisz poważnie. To ja zbudowałem tę firmę! Moje nazwisko widnieje na drzwiach!”
„A wczoraj wieczorem ją zniszczyłeś” – powiedziałem. „Masz godzinę na decyzję. Potem podpiszę umowę z Solaris, a twoje akcje spadną do zera. Zostaniesz bez środków do życia, Silas. Będziesz bezdomny”.
Podszedłem do drzwi i przytrzymałem je otwarte.
„A, Silas? Wychodząc, skorzystaj z windy służbowej. Chcemy, żeby hol był pusty dla ludzi, którzy naprawdę tu pasują”.
Zostawiłem go tam siedzącego, króla w szklanej klatce, patrzącego, jak jego królestwo płonie.
Wróciłem do mojego prywatnego gabinetu, serce waliło mi z mieszaniny wyczerpania i triumfu.
Ethan tam był.
Siedział na mojej sofie, z głową w dłoniach. Sarah go wpuściła. Spojrzał w górę, kiedy weszłam, jego oczy były czerwone i opuchnięte. Nadal…
Miał na sobie spodnie od smokingu z poprzedniego wieczoru, ale koszulę miał wypuszczoną ze spodni, a krawat zniknął.
„Słyszałem” – powiedział ochryple. „Wiadomości już wyciekły. Akcje spadają. Tata…” Urwał.
„Dałem mu wybór” – powiedziałem, opierając się o biurko i krzyżując ramiona. „Może uratować firmę albo swoją dumę. Nie może mieć obu.”
„Wiem.” Ethan wstał. Podszedł do mnie z wahaniem, po czym zatrzymał się w odległości pół metra. Powietrze między nami naelektryzowało się.
„Zadzwonił do mnie” – powiedział Ethan. „Krzyczał. Kazał mi cię naprawić. Kazał mi przypomnieć ci o twoim miejscu.”
Zestaliłem się. „I co powiedziałeś?”
Leave a Comment