Jechali dwadzieścia minut. Krajobraz zaczął się zmieniać. Centra handlowe i lombardy znikały, zastąpione zielonymi polami i białymi płotkami. Potem pola zamieniły się w zadbane trawniki. Domy stawały się coraz większe, coraz bardziej oddalone od drogi.
„Dokąd my, do cholery, jedziemy?” – zatrzeszczał głos cioci Becky ponad krótkofalówką, na której Martha uparła się używać. „To wygląda jak kraina bogaczy”.
„GPS musi być zepsuty” – mruknęła Martha, stukając w ekran. „Pisze, że jesteśmy dziesięć minut drogi. Ale jedziemy w kierunku Hidden Hills”.
„Hidden Hills?” Mark wyprostował się. „Mamo, to osiedle strzeżone. Tam mieszkają lekarze i prawnicy. Nie możemy tam wejść”.
„Może wynajęła domek gościnny albo piwnicę” – pomyślała Martha, mocniej ściskając kierownicę. „Wiesz, niektórzy bogaci ludzie zatrudniają pokojówki. Może o to chodzi! Dostała pracę przy szorowaniu toalet!”
Uśmiech powrócił na twarz Marthy. „Och, to jeszcze lepsze. Idziemy odwiedzić kwatery służby!”
Konwój skręcił za róg, a droga rozszerzyła się w gładką, obsadzoną drzewami aleję. Przed nimi majaczyły potężne żelazne bramy, flankowane kamiennymi lwami. Pośrodku stała budka wartownika, obsługiwana przez ochroniarza, który wyglądał bardziej na agenta Secret Service niż na ochroniarza w centrum handlowym.
„Miejsce docelowe jest po prawej” – poinformował GPS.
Martha gwałtownie zahamowała. Konwój gwałtownie zahamował za nią.
„Co to jest?” Martha wyszeptała.
Otworzyła okno, gdy strażnik podszedł. Miał na sobie elegancki czarny mundur i lustrzane okulary przeciwsłoneczne. Jego dłoń swobodnie spoczywała przy pasku.
„Poproszę dowód osobisty” – powiedział strażnik. Jego głos był uprzejmy, ale stanowczy. „To prywatna posesja”.
„Przyszliśmy na parapetówkę” – wyjąkała Martha, podając prawo jazdy. „Dla… eee… Eleny Sterling?”
Strażnik sprawdził listę na tablecie. Spojrzał na rozklekotany sedan Marthy, a potem z powrotem na listę.
„Ach, tak. Przyjęcie u Sterling. Pani Sterling cię oczekuje. Proszę przejść przez główną bramę. Proszę jechać podjazdem przez trzy kilometry. Proszę się nie zatrzymywać. Proszę nie robić zdjęć. Proszę nie deptać po trawie”.
„Dwa kilometry?” Martha sapnęła. „Podjazd ma trzy kilometry?”
Brama powoli się otworzyła, odsłaniając świat, który Martha widziała tylko w filmach.
3. Naga prawda
Konwój powoli sunął podjazdem, a brawura grupy znikała z każdym przejechanym podwórkiem.
Minęli prywatne jezioro z łabędziami. Minęli kort tenisowy. Minęli winnicę.
„Czy to lądowisko dla helikopterów?” Głos wujka Jima zatrzeszczał w radiu, pozbawiony wcześniejszej kpiny.
„Zamknij się, Jim” – syknęła Martha.
W końcu dom pojawił się w zasięgu wzroku.
To nie był dom. To
Był to zamek.
Leave a Comment