Ale pojechałem z powrotem na jego ulicę.
Zapukałem.
Nie było odpowiedzi.
Żołądek mi się ścisnął.
Otworzyłem drzwi.
Wciąż siedział w fotelu.
Siwy. Blady. Wyglądał jeszcze mniej niż wcześniej.
„Znowu przykręciłem ogrzewanie” – wyszeptał. „Boję się rachunku”.
Zjadł pół banana.
Pół.
W kraju, w którym miliarderzy wystrzeliwują rakiety dla zabawy.
Zapytałem o jego rodzinę.
Wspomniał o swoim synu, Eddiem.
Powiedział, że nie chce mu „przeszkadzać”.
Znalazłem jego numer w małym notesie adresowym
w.
Kiedy zadzwoniłam, odpowiedział jednym słowem:
„Co?”.
Nieufność.
Obrona.
Strach przeplatany gniewem.
„Źle się czuję” – powiedziałam.
Wszedł.
Leave a Comment