Oczywiście, że tak.
Pudełko było pełne: zeszyty z dziennikami, koperty związane sznurkiem, uchwyty na zdjęcia i mała kaseta z czarną etykietą z napisem: „Będą… zanim to przeczytasz”.
Ręce mi się trzęsły, gdy odkładałam kasetę.
Nie miałam odtwarzacza.
Wydawało się to celowe – Evan postawił kolejną barierę między nami a pierwszym ciosem.
Otworzyłem pierwszy dziennik.
Pismo było bezbłędnie wyraźne.
Evan.
Czyste, zdyscyplinowane.
Na pierwszej stronie widniała data 14 września 1999 roku.
Powiedziałem mu, że jadę do Bostonu na konferencję.
To nieprawda.
Pojechałem do Providence.
Musiałem sprawdzić, czy uda mi się go powstrzymać, zanim wszystko zepsuję.
Świerzbiła mnie skóra głowy.
Do Providence było dwie godziny jazdy samochodem od miejsca, w którym wtedy mieszkaliśmy.
Dlaczego Providence?
Szybko przekartkowałem strony, potem wolniej, a słowa stały się czymś, czego nie mogłem już dłużej udawać, że dotyczy tylko stresu w pracy.
Ma na imię Lila.
Spotkałem ją w kawiarni przy szpitalu.
Śmieje się, jakby nigdy nie musiała się bronić.
Nie chcę być tym mężczyzną.
Powietrze w magazynie nagle zrobiło się rzadkie, jakby ktoś pozbawił je tlenu.
Lila.
Wymówiłam imię ustami.
Nic mi to nie mówiło.
Co znaczyło wszystko.
Otworzyłam kolejny wpis, datowany na 22 grudnia 1999 roku.
Leave a Comment