Kolejne pukanie. Potem stłumiony jęk.
Ryan zbladł. Cofnął się i sprawdził okna. Zasłony w salonie były zaciągnięte, ale z tylnego korytarza sączyła się smuga światła – słaba, żółta.
„Jest tam” – wyszeptałam.
Ryan skierował się do tylnych drzwi. „Wracamy” – powiedział. „Teraz”.
Pobiegliśmy przez podjazd, przez drzwi, do ciemnego ogrodu. Trawa była wilgotna, zimna, przemoczyła mi buty.
Drzwi przesuwne były zamknięte, ale okno w kuchni nad zlewem było uchylone – zaledwie na kilka centymetrów, jakby ktoś zapomniał je porządnie zamknąć.
Ryan nie wahał się. Złapał za framugę i pchnął ją. Okno zaskrzypiało głośno, a potem ustąpiło. Podniósł je i prawie wskoczył do środka.
„Ryan!” gwizdnęłam.
„Nie będę czekał” – powiedział stanowczo. Wpadł do kuchni i pospiesznie otworzył przesuwne drzwi od środka. Rozsunęły się, wpuszczając powiew powietrza.
Byliśmy w środku.
W domu śmierdziało. Nie było koszerne – sterylne, jakby pod spodem znajdował się wybielacz i coś metalicznego. Światła w kuchni były zgaszone. Jedyne światło dochodziło z korytarza.
„Emma!” – zawołałam cicho, bojąc się, co wywoła mój głos.
Brak odpowiedzi.
Ryan zrobił krok naprzód, napiął ramiona, rozglądając się po kątach jak żołnierz.
Przeszliśmy przez salon, kanapa w porządku, telewizor wyłączony. Wszystko wydawało się uporządkowane – zbyt uporządkowane, zbyt ciche.
Wtedy zobaczyłam to na stole w jadalni.
Teczka.
Była gruba, w kolorze manili, obciążona przyciskiem do papieru w kształcie jabłka – prezentem Lauren dla nauczycielki. Teczka była otwarta, jakby ktoś ją przeczytał, nie chowając.
Ryan zwrócił na niego wzrok. „Nie dotykaj tego” – wyszeptał.
Ale nie mogłam oderwać wzroku.
Na pierwszej stronie, dużymi, pogrubionymi literami:
Leave a Comment