Prostota propozycji zaniepokoiła mnie bardziej niż jakikolwiek dramatyczny gest, bo moje zdziwienie nie dotyczyło już czystych podłóg ani gorącej zupy, lecz niepokojącej jasności, z jaką analizował moją sytuację.
Nie widziałam chaosu.
Dostrzegłam porządek.
Sobotni poranek nastał w słabym zimowym świetle, które sączyło się przez cienkie zasłony, i choć obawiałam się, że Adrian cicho zniknie w nocy, niczym ulotne spotkania, był na miejscu punktualnie o siódmej, w pełni ubrany, z podpartymi kolanami, z moją starą skrzynką z narzędziami otwartą przed nim.
„Pójdę, jeśli chcesz” – powiedział cicho. „Do tego czasu wolę być użyteczny niż być w ciąży”.
Poszliśmy do biura budynku, starego magazynu za ryczącymi pralkami, gdzie pan Pritchard spojrzał na mnie z właściwą sobie czujnością, wyćwiczoną latami narzekań na hyresgästerów.
„Czynsz nadal się spóźnia” – powiedział bez powitania.
„Przyznaję to” – odpowiedziałam stanowczo.
Jego wzrok padł na Adriana.
„A kto właściwie panu dzisiaj towarzyszy?”
„Tymczasowy doradca ds. mieszkaniowych” – odpowiedział spokojnie Adrian. „Proszę o pozwolenie na ocenę wszelkich nierozwiązanych problemów konserwacyjnych, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu naszych lokatorów”.
Leave a Comment