„Obiecuję, postaram się”.
Czasami zasypiała, a potem budziła się za każdym razem, gdy samochód przejeżdżał zbyt blisko.
Odliczanie tygodni było jedyną rzeczą, która dawała jej pozory kontroli.
O świcie niebo stało się bladoszare.
Elena usiadła, oszołomiona i sztywna.
Słychać było kroki – zdecydowane, rytmiczne, pewne siebie.
Mężczyzna biegł ścieżką, zwalniając na jej widok.
Drogie buty do biegania, czysta kurtka i smartwatch, który odbijał światło wschodzącego słońca.
Wyglądał jak ktoś, kogo życie nigdy nie zostało złamane.
A jednak się zatrzymał.
„Proszę pani” – powiedział ostrożnie, ale bez okrucieństwa – „czy wszystko w porządku?”
Duma Eleny natychmiast się ujawniła.
„Nic mi nie jest” – skłamała.
Jego wzrok powędrował na jej brzuch, potem na blade dłonie i na to, jak próbowała się wyprostować, drżąc.
Podał jej butelkę wody i baton proteinowy.
„Nic mi nie jesteś winna” – dodał cicho.
„Jestem Adrian Mitchell”.
To imię nic mu nie mówiło, ale jego głos brzmiał spokojnie.
„Nie mogę cię tu zostawić” – powiedział Adrian.
„Mam pensjonat.
Ciepły, bezpieczny.
Leave a Comment