W tej jednej sekundzie, zanim ogarnął ją strach, poczuła, jak palce Josie zaciskają się na jej dłoniach tak mocno, że kostki dziecka zbielały.
Willa odwróciła się, podążyła wzrokiem za wzrokiem matki i natychmiast się zmieniła. Pięcioletnia trąba powietrzna zniknęła. Na jej miejscu pojawił się maleńki strażnik.
Pobiegła z powrotem, chwyciła Josie za ramię i stanęła przed siostrą z instynktowną troskliwością, która była wręcz przytłaczająca.
„Przede mną” – wyszeptała Willa.
Żadne dziecko nie powinno tego robić.
Camille gwałtownie się poruszyła. „Dziewczyny, chodźcie”.
Odwróciła je na drugi koniec kolejki, ale Travis już ruszył. Szybko. Z determinacją.
„Nie wyprzedzajcie mnie” – powiedział.
Ten głos kiedyś dominował w jej systemie nerwowym. Nadal wiedziała, gdzie uderzyć.
Stary strach narastał na zawołanie, prastary i upokarzający. Nienawidziła go.
Nienawidziła tego, że po wszystkich rozprawach sądowych, siniakach, dniach spędzonych w schronisku, raportach policyjnych i miesiącach rekonwalescencji jakaś część jej ciała wciąż reagowała, jakby miała prawo ją przerażać.
Złapała go za nadgarstek i wykręciła go z taką siłą, że pudełka spadły z półki obok niego.
Metaliczny dźwięk rozniósł się po supermarkecie. Głowy się odwróciły. Niektórzy krzyczeli. Większość zamarła.
Travis nachylił się, jego oddech pachniał alkoholem i gniewem. „Myślisz, że ten papier cię ochroni?”
Leave a Comment