Pochyliła się, jej oddech przypominał mdły koktajl drogiego ginu z miętą pieprzową, i wyszeptała mi do ucha: „Żałoba dobiegła końca, Elaro Vance. Rzeczywistość zaczyna się teraz”.
Kilka metrów ode mnie stał Tyler, syn Patricii i mój przyrodni brat, z którym spędziłem trzy lata, pełne udręki. Nie zawracał sobie głowy krawatem. Uniósł wysoko iPhone’a, a czerwona kropka z napisem „Live” świeciła w szarym popołudniu niczym drapieżne oko. Krążył wokół nas, kierując kamerę ze świeżo spulchnionej ziemi na moją bladą, pokrytą deszczem twarz.
„Uśmiechnij się do fanów, siostrzyczko” – zadrwił, a jego głos ociekał arogancką kadencją kogoś desperacko pragnącego cyfrowego potwierdzenia. „Powiedz im, jak to jest być oficjalnie bezdomnym”.
Nie mrugnęłam. Nie zareagowałam w sposób, którego oczekiwał jego algorytm. Moje milczenie zdawało się irytować Patricię. Z teatralnym westchnieniem sięgnęła za stertę białych lilii i wyciągnęła rekwizyt tak rażący, tak głęboko obraźliwy, że zaparło mi dech w piersiach. Była to tania, plastikowa miotła z włosiem, której trzonek owinięto jaskrawożółtym plastikiem.
Leave a Comment