Kobieta siedząca obok niego złapała powietrze.
A ja spojrzałam w twarz mężczyzny, którego chowałam w sercu przez prawie rok, mówiąc bardzo cicho:
„Ryan?”
Przez kilka sekund wydawało się, że nikt wokół nas nie oddycha.
Ryan zamarł, kawa wsiąkła mu w drogie spodnie. Jedną rękę trzymał na podłokietniku, drugą zacisnął w pięść z rozpaczy.
Kobieta siedząca obok niego spojrzała na niego najpierw zmieszana, potem zirytowana, a potem nagle skupiona, gdy dostrzegła moje spojrzenie.
Marcus zareagował szybko, bo tak właśnie robi dobry personel pokładowy w kryzysowej sytuacji.
„Proszę pana, proszę pani, miejmy to już za sobą” – powiedziała, rozdając serwetki i blokując przejście kolejnym stewardessom, którzy mieli być dla ciekawskich pasażerów.
Ale ja nie byłam spokojna.
I Ryan z pewnością nie był martwy.
Jego twarz była blada w świetle kabiny.
Otworzył usta raz, zamknął je i spróbował ponownie.
„Emily…”
To jedno słowo prawie mnie zwaliło z nóg.
„Nie” – warknęłam.
„Nie, nie masz prawa wypowiadać mojego imienia w ten sposób”.
Kobieta siedząca obok niego spięła się.
„Ryan?”
Więc ona też znała go jako Ryana.
Dobrze.
Przynajmniej ta część była prawdziwa.
Marcus delikatnie dotknął mojego łokcia.
„Emily, odsuń się”.
Cofnęłam się o pół kroku.
Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że musiałam je zacisnąć, żeby się powstrzymać.
Pasażerowie po drugiej stronie udawali, że nie słyszą, co oznaczało, że słyszeli każde słowo.
„Żyjesz” – powiedziałam cicho, ale ostro.
„Twoja matka powiedziała, że nie żyjesz.
Wyrzuciła mnie z domu.
Opłakiwałam cię”.
Zacisnęła szczękę.
„To nie jest właściwe miejsce”.
Leave a Comment