„Tak” – powiedziałam. „Był.”
Menedżer pojawił się przy moim łokciu niemal natychmiast, z wymuszonym uśmiechem na twarzy, jakby wyczuł zmianę atmosfery, ale jeszcze nie wiedział, w którą stronę jest bezpiecznie.
„Eleno, czy mogę cię na chwilę zobaczyć?”
„Oczywiście.”
Odeszłam od stolika, z niepewnym biciem serca, ale spokojną twarzą. Gdy stanęliśmy za ścianką działową, mój menedżer, Neil Barlow, wyszeptał: „Co się właśnie stało?”.
Ostrożnie odstawiłem tacę. „Gość zadał pytanie”.
Neil zamrugał. „Po arabsku?”
„Tak”.
Spojrzał na mnie, jakbym między sałatką a deserem ujawnił swoją umiejętność operowania.
„Nigdy nie mówiłeś, że znasz arabski”.
„Nigdy nie pytałeś”.
Ta odpowiedź zabrzmiała bardziej obojętnie, niż zamierzałem, ale w pełni na nią zasłużyłem.
Neil zarządzał St. Clair od czterech lat i znał dokładnie dwie kategorie pracowników: tych, którzy sprawiali problemy, i tych, którzy je rozwiązywali.
Kochał mnie, bo rozwiązywałem problemy. Nigdy nie pytał ich o życie poza czasem spędzonym na technologii.
Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, wbiegł maître d’hôtel.
„Pan Al-Nasser prosi, aby Elena obsługiwała resztę kolacji sama”.
Neil natychmiast się wyprostował, a wszystkie jego instynkty menedżerskie ożyły. „Dobrze. Tak. Oczywiście”.
Potem zwrócił się do mnie z nagłym szacunkiem, tak jak instytucje stają się pełne szacunku, gdy ich wartości stają się publicznie znane.
„Dasz sobie z tym radę?”
O mało nie wybuchnąłem śmiechem.
„Już daję”.
Leave a Comment