Nie była kobietą, która wymaga.
Jej dusza dawno temu nauczyła się, że kiedy naprawdę kochasz, nie błagasz kogoś, żeby został. Oferujesz schronienie i czekasz, czy zechce wrócić do domu.
Tej nocy niebo było czyste. Księżyc, okrągły jak skórzany bęben, oświetlał ziemię delikatną poświatą.
Selma właśnie położyła Tumo do łóżka.
Chłopiec, teraz już starszy, wypowiadał krótkie słowa i śmiał się jak ktoś, kto wie, że jest kochany. Spał z otwartymi ramionami, jak ktoś, kto nie boi się świata.
Kaibu był na zewnątrz, siedział na kłodzie, której używał jako ławki. Jego wzrok był utkwiony w niebie, jakby szukał odpowiedzi w ciszy gwiazd.
Selma wyszła z chustą na ramionach, usiadła obok niego i oboje długo trwali w milczeniu.
Ten rodzaj ciszy, który istnieje tylko między dwojgiem ludzi, którzy dzielili ten sam ból.
On odezwał się pierwszy.
„Myślałem, że wiem, co to znaczy żyć. Pracować. Być z kimś. Iść naprzód. Ale to wszystko był tylko ruch. Prawdziwe życie… Zrozumiałam je dopiero tutaj”.
Selma nie patrzyła na niego. Wpatrywała się w ciemność, ale jej oddech się zmienił. Pogłębił się, jakby wstrzymywała oddech, bojąc się, że jeśli przerwie ciszę, przerwie również zaklęcie.
Kaibu mówił dalej.
Leave a Comment