Vanessa otrzymywała osiem tysięcy pesos od Jorge’a co miesiąc, owszem, ale także znacznie większe, regularne wpłaty od fikcyjnej firmy zarejestrowanej w Querétaro. Nie były potrzebne do utrzymania mieszkania. Nawet do skromnego życia. Pieniądze Jorge’a nie były potrzebne do przetrwania: były częścią czegoś innego.
Potem poszli za Vanessą.
Widziano ją, jak dwukrotnie spotykała się z Toño Márquezem, najlepszym przyjacielem Mauricio od czasów liceum. Często się przytulali. Całowali. Poszli razem do przydrożnego motelu. Później Toño pojechał do starego, opuszczonego magazynu w strefie przemysłowej na obrzeżach miasta.
Tej samej nocy, co trzecia obserwacja, Jorge i Raúl poszli za nim.
Czekali.
Widzieli, jak Toño wysiada z ciężarówki z dwiema torbami zakupów. Zapukał trzy razy w metalowe drzwi. Czekali. Drzwi się otworzyły.
I był Mauricio.
Chudszy, starszy, z brodą i cieniami pod oczami, ale żywy. Skandalicznie żywy.
Jorge’owi zabrakło tchu.
Raul złapał go za ramię.
-Jeszcze nie.
Przeszli przez rozwaloną ścianę magazynu i nasłuchiwali.
Toño mówił o ośmiu tysiącach pesos Jorge’a z luźnym, niemal rozbawionym śmiechem.
„Twój tata nadal płaci jak w zegarku” – powiedział.
Mauricio zaśmiał się krótko.
—Jeszcze tylko miesiąc. Potem wyjeżdżam.
—A Vanessa? — zapytał Toño.
—Vanessa wie, co robić. Ona i dziecko będą zdrowi.
—Zimno ci, draniu.
—Realistyczne.
Leave a Comment