Upadłam na kolana. Ciężar sukienki, teraz już przesiąkniętej winem, przygniótł mnie do ziemi. Nie mogłam oddychać. Upokorzenie było fizycznym ciężarem, miażdżącym moje płuca, wyciskającym powietrze z piersi.
Zamknęłam oczy, pragnąc, żeby podłoga się otworzyła i pochłonęła mnie w całości. Pragnęłam się rozpuścić. Żałowałam, że w ogóle poznałam Ryana Vance’a.
„Wstawaj!” syknęła pani Vance, będąc już poza mikrofonem. „Wyjdź, zanim ochrona cię wyrzuci”.
Przez mgłę czerwonych łez i wina dostrzegłam ruch.
Z tyłu kościoła poruszała się jakaś postać. Nie spieszyła się. Kroczyła z przerażającym, rytmicznym determinacją. Dźwięk jego wypolerowanych czarnych oksfordów uderzających o marmurową posadzkę rozbrzmiewał echem niczym strzały z pistoletu.
Klik. Klik. Klik.
Śmiech w sali natychmiast ucichł. Temperatura zdawała się spadać o dziesięć stopni.
Pani Vance podniosła wzrok. Jej szyderczy uśmiech zgasł.
Postać weszła na ołtarz. Górowała nad panią Vance. Emanowała z niej moc tak absolutna, że aż trzeszczało w powietrzu.
To był Julian Thorne.
Nie patrzył na tłum. Nie patrzył na matkę. Uklęknął obok mnie, ignorując kałużę wina na podłodze, która zagrażała jego wyjątkowo drogiemu garniturowi.
Dłoń – silna, ciepła i pewna – dotknęła mojego ramienia.
Leave a Comment