Mój mąż zadzwonił o północy — pracuje dla FBI — i kazał mi schować się na strychu.

Mój mąż zadzwonił o północy — pracuje dla FBI — i kazał mi schować się na strychu.

„Ma tam paszporty” – powiedziałem. „I prawdopodobnie walutę awaryjną”.

Drzwi sejfu się otworzyły.

Derek chwycił próżniowo zapakowane paczki gotówki i paczkę paszportów.

W tym samym momencie światła reflektorów omiotły przednie szyby.

Kolejny samochód.

A potem kolejny.

Moja mama przyjechała pierwsza swoim srebrnym mercedesem, Briana obok niej. Weszli przez frontowe drzwi bez pukania. Briana wciąż miała na sobie tę samą kremową sukienkę-sweter z poprzedniego wieczoru, ale teraz była pognieciona i poplamiona tuszem do rzęs. Mama wyglądała, jakby trzymała się w ryzach tylko siłą i furią.

Wpadli do biura jak burza.

„Nawet nie myśl o wyjściu” – powiedziała mama.

Derek stał z gotówką w jednej ręce i paszportami w drugiej.

„Nie mam na to czasu”.

„Znajdziesz czas”.

Briana zobaczyła pieniądze i wydała z siebie dźwięk coś pomiędzy szlochem a śmiechem.

„Proszę bardzo” – powiedziała. „Wiedziałam, że coś masz”.

Derek wsadził paszporty do kurtki.

„To nie dla ciebie”.

„To nasze” – powiedziała mama. „Obiecałeś”.

„Obiecałam, zanim wszystko się zawaliło”.

„Zawaliłeś je” – krzyknęła Briana.

Moja matka zrobiła kolejny krok w głąb pokoju.

„Wciągasz nas w kryminalny spisek, nie dostarczasz ani dolara, upokarzasz mnie przed połową Great Falls, a teraz myślisz, że wychodzisz z gotówką?”

Twarz Dereka stała się nagle dziwna – ściągnięta, dzika, przestano udawać.

„Kartel po mnie idzie” – powiedział.

W pokoju zapadła głucha cisza.

Briana zamrugała.

„Co?”

„Powiedziałam, że po mnie idą”.

back to top