„Będzie”.
A Derek, pomyślał Connor, dostanie wszystko.
Grace obudziła się czterdzieści osiem godzin później w białym świetle i bólu.
Pierwszą rzeczą, jaką usłyszała, był cichy, nieustanny rytm maszyn. Drugą, ktoś wypowiadający jej imię ostrożnie, jakby mogło ją to złamać.
„Grace?”
Z trudem przedzierała się przez warstwy mgły i zobaczyła starszą kobietę siedzącą przy jej łóżku z życzliwymi, szarymi oczami.
„Jestem dr Vivian Matthews” – powiedziała. „Jesteś bezpieczna”.
Bezpieczna.
To słowo ledwo miało sens.
Grace próbowała się poruszyć i jęknęła.
„Uspokój się” – powiedziała delikatnie dr Matthews. „Przeszłaś przez wiele traumatycznych przeżyć”.
„Moje dzieci”.
„Na oddziale intensywnej terapii noworodków. Żyją. Walczą”.
Grace odwróciła twarz do poduszki i cicho płakała.
Nie dlatego, że wszystko było w porządku.
Nie dlatego, że ból zniknął.
Ale dlatego, że Emma i Noah oddychali. Ponieważ niemożliwe nie kończyło się milczeniem.
Kiedy w końcu udało jej się przemówić, jej głos zabrzmiał szorstko, napięty.
„Aresztowaliście Dereka?”
Twarz dr Matthews stwardniała. „Tak. Usiłowanie zabójstwa. Trzy zarzuty”.
Grace wpatrywała się w sufit.
Powinien być triumf.
Zamiast tego panowało głębokie wyczerpanie, które wydawało się geologicznie ciężkie.
Nie było jeszcze miejsca na zwycięstwo.
Następne kilka godzin nadeszło fragmentarycznie.
Detektyw Laura Friedman, bystra i
Beznamiętna, przyjęła zeznania.
Pielęgniarka założyła jej kroplówkę. Nieznośna prawda, że trzech palców u lewej stopy nie da się uratować.
Świadomość, że jej dłonie mogą nigdy w pełni nie wyzdrowieć.
Leave a Comment