Nadal pracował. Nadal jadł. Nadal spał, gdy sen nadchodził. Ale radość, która kiedyś towarzyszyła mu niczym blask słońca, zniknęła. Przestał przesiadywać z innymi mężczyznami pod baobabem. Przestał odwiedzać sąsiadów. Przestał mówić, chyba że słowa były konieczne. Stał się człowiekiem rutyny i milczenia, mężczyzną, którego dzieci obserwują z daleka z ciekawością i odrobiną strachu.
Dzieci we wsi nazywały go staruszkiem rzeki. Niektórzy wierzyli, że słyszy to, czego inni nie słyszeli. Niektórzy mówili, że rzeka uzurpowała sobie jego szczęście i zatrzymała ciało tylko dlatego, że potrzebowała świadka. Kiedy śmiali się i przebiegali obok jego podwórka, Moanza zachowywał się, jakby tego nie zauważał, ale czasami, późnym wieczorem, słyszał ich głosy cichnące w oddali i odczuwał ból pustego domu ostrzejszy niż zwykle.
Jego życie stało się prostsze w najsmutniejszy sposób. Wstać przed wschodem słońca. Umyć się zimną wodą ze studni. Zanieść sieć. Iść nad rzekę. Łowić ryby, aż zmieni się światło. Wrócić. Załatać rozdarte miejsca w sieci. Ugotować maniok. Spać. I tak w kółko.
A jednak pod twardą powierzchnią jego spokojnego życia kryło się serce, które nie umarło. Zostało tylko pogrzebane. Niektórymi nocami, gdy wiatr szeleścił w trzcinach i zmuszał je do szeptu, siadał przed drzwiami i cicho przemawiał do ciemności.
„Amina” – mawiał, niemal zawstydzony dźwiękiem własnego głosu – „pozostawiłaś mi zbyt wiele ciszy”.
Potem spuszczał głowę i słuchał, jak rzeka odpowiada w swoim niekończącym się języku.
Tej nocy było chłodniej niż zwykle. Niebo było bezksiężycowe, a wioska wcześnie zapadła w sen. Moanza nie planowała łowić ryb tak późno, ale głód był uparty, a ostatnie trzy dni nie były dla niego łaskawe. Jego sieci wróciły prawie puste, a drobne pieniądze, które zarobił na sprzedaży ryb, poszły już na sól, olej i naprawę pęknięcia w łodzi. Zapalił więc latarnię, wziął sieć i ponownie skierował się w stronę wody.
Rzeka wydawała się ciemniejsza niż zwykle, gęsta i czarna jak rozlany atrament. Wypłynął z czółna, wsiadł do niego i wiosłował bez pośpiechu. Z dala od brzegu, gdzie nurt się pogłębiał, zarzucił sieć płynnym, wprawnym ruchem. Rozpostarła się na wodzie niczym szare skrzydło, zanim zniknęła z oczu.
Czekał.
Noc była tak cicha, że słyszał krople spadające z wiosła. Gdzieś w trzcinach rechotała żaba. Gdzieś dalej ptak zaskrzeczał raz i zamilkł.
Kiedy wyciągnął sieć, była ciężka.
Przez krótką chwilę ożyła w nim nadzieja. Może w końcu rzeka o nim pamiętała. Zaparł się nogami, mocniej chwycił linę i uniósł ją obiema rękami. Ciężar był nierówny, ciągnął się dziwnie. Nie ryba. Ani nie drewno dryfujące. Coś zaczepiło się i skręciło w siatce.
Moanza zmarszczyła brwi i wyciągnęła ją za burtę łodzi.
Zawiniątko uderzyło o dno kajaka z głuchym, mokrym dźwiękiem.
Uniósł latarnię.
To, co zobaczył, sprawiło, że krew w jego ciele zamieniła się w lód.
Owinięte w przemoczoną tkaninę i związane szorstką liną, leżało niemowlę.
Leave a Comment