Na pogrzebie mojej matki ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewałam, było to, że grabarz cicho wyjdzie z grupy, zdejmie rękawiczki i gestem zawoła mnie bliżej, jakbyśmy omawiali jakąś rodzinną sprawę.
Na jego wizytówce widniało imię Earl, a jego twarz wyglądała na starszą niż sam cmentarz. Mówił cicho.
„Proszę pani” – powiedział, zerkając w stronę trumny – „pani matka zapłaciła mi za pochowanie pustej trumny”.
Wpatrywałam się w niego, przekonana, że smutek sprawił, że źle usłyszałam. „Przestań z tymi bzdurami”.
Earl się nie uśmiechnął. Zamiast tego wsunął mi coś zimnego w dłoń. Mosiężny klucz.
Na etykiecie wybite były małe, czarne cyfry: 16.
Leave a Comment