Otarła twarz, wyprostowała plecy i czekała.
Przyszedł o 8:17.
Wyczuła go, zanim w ogóle usłyszała. Moc miała swój dźwięk, a Jimmy Mali nosił ją jak drugą skórę. Drogie buty uderzyły o chodnik z poczuciem własności. Obok niego asystentka bez tchu wymieniała z kartki punkty i nazwiska. Strażnik otworzył szklane drzwi budynku i powiedział: „Dzień dobry panu”, tonem człowieka, który doskonale wiedział, na jaki entuzjazm toleruje jego pracodawca.
Wtedy odezwał się Jimmy.
„Przesuń na dziewiątą. Potrzebuję trzydziestu minut przed spotkaniem”.
Spokojnie. Beznamiętnie. Głosem człowieka, który nigdy tak naprawdę nie słyszał słowa „nie”.
Janet wstała. Bolały ją kolana. Zaprotestowała. Ale ruszyła w kierunku, z którego dobiegał dźwięk, i chwyciła go za ramię.
Zatrzymał się zaskoczony.
„Proszę pana…” – zaczęła asystentka.
„Nie wchodź dziś do tego biura” – powiedziała Janet.
Jej głos był wyraźniejszy i mocniejszy, niż się spodziewała.
Cokolwiek planujesz tam robić, nie rób tego. Nie wyjdziesz stąd żywa. Ktoś na ciebie czeka. Ktoś, komu ufasz. On cię wykończy.
Atmosfera wokół nich się zmieniła. Czuła na sobie spojrzenia – strażników, asystenta, przechodniów, cały ten popędliwy apetyt tłumu wyczuwającego kłopoty.
Jimmy milczał przez sekundę.
Potem się roześmiał.
To nie był śmiech rozbawionego mężczyzny. To był śmiech obrażonego mężczyzny.
„Zdejmij ze mnie tę kobietę”.
Dłonie asystenta uprzejmie zacisnęły się na nadgarstku Janet. „Proszę pani…”
„Nie wyjdzie pani stąd żywa” – powtórzyła, tym razem głośniej. „Widziałam to. Jest ktoś, komu ufa pani…”
„Powiedziałam, żeby ją ze mnie zdjęła”.
Poczuła kopniaka, zanim go zrozumiała.
Nie dzikiego kopniaka. Gorzej.
Zbyt lekceważący. Niecierpliwy. Miał usunąć, a nie ukarać.
Trafiło ją w goleń i wytrąciło z równowagi.
Upadła ciężko. Jej miska uderzyła o chodnik, a monety rozprysły się w hałasie miasta. Jej biodro uderzyło o ziemię. Kurz osiadł jej w ustach.
Słyszała, jak buty Jimmy’ego oddalają się. Słyszała, jak otwierają się szklane drzwi.
Zatrzymał się tylko na chwilę, by powiedzieć: „Wariatka”.
Potem drzwi zamknęły się za nim.
Janet leżała tam, zdyszana, z policzkiem przyciśniętym do betonu.
Wizja w jej wnętrzu ucichła.
Spełniła swoje zadanie.
Cokolwiek miało nastąpić, nie należało już do niej.
Powoli wstała, znalazła miskę, znalazła kij, usiadła z powrotem na tekturze.
I czekała.
Bo gdzieś nad nią, na trzydziestym drugim piętrze, mężczyzna, który zniszczył jej życie, szedł ku śmierci, przed którą próbowała go uratować.
Winda otworzyła się na trzydziestym drugim piętrze i Jimmy Mali wyszedł z niej niczym właściciel nieba.
Piętro należało do niego. Wypolerowany marmur. Szklane ściany. Recepcjonistka, która wyprostowała się na jego widok. Cisza, którą można kupić za pieniądze.
„Dzień dobry, panie Mali” – powiedziała recepcjonistka.
Zignorował ją.
Jego asystent Patrick szedł pół kroku za nim, z tabletem w ręku. „Zarząd zbiera się o 9:30. Pan Cole chce pięć minut przed spotkaniem w sprawie przejęcia północnej części miasta”.
„Zajmę się Cole’em”.
„Tak jest. Na biurku leży paczka. A dziś rano przysłano drinka”.
Leave a Comment