Kiwasz głową. „Cassidy”.
„Wiem”.
Oczywiście, że tak. Ludzie tacy jak ona zawsze znają imiona, zanim zaproponują zasady.
Układasz Emmę najdelikatniej, jak potrafisz, na długiej sofie, budując małe gniazdko z koców, podczas gdy pani Alvarez wzywa kogoś po ciepłą wodę i termometr. Emma jęczy, ale nie budzi się do końca. Jej skóra wciąż promienieje ciepłem. Widok jej w tym bogatym, cichym pokoju, chorego dziecka z Brooklynu, schowanego wśród jedwabnych poduszek i antycznych stolików nocnych, przypomina fotografię z innego wszechświata.
„Pracuj szybko”, mówi pani Alvarez. „A jeśli stan dziecka się pogorszy, natychmiast po mnie przyjedź”.
Kiwasz tak mocno, że prawie się kłaniasz.
Rezydencja należy do mężczyzny o nazwisku Matteo Varela.
Znasz to nazwisko, bo wszyscy w niektórych częściach Nowego Jorku je znają, choć nigdy w tym samym tonie. W magazynach biznesowych jest potentatem na rynku nieruchomości, zainteresowanym transportem morskim, hotelarstwem i „prywatną logistyką bezpieczeństwa”, co jest tak podejrzane, że równie dobrze można by go nosić w trenczu. W plotkach osiedlowych jest kimś zupełnie innym. Człowiekiem, którego nazwisko brzmi zbyt miękko, jak na to, jak szybko zmienia twarze innych. Człowiekiem, z którym sędziowie nie jadają obiadów, ale politycy jakimś cudem zostają sfotografowani w jego pobliżu. Człowiekiem, który powstał z dawnej krwi i nowej przemocy, a teraz zasiada na tronie wyściełanym legalnymi firmami i szepcze strach.
Gazety nazywają go nieuchwytnym.
Miasto nazywa go niebezpiecznym.
Ludzie tacy jak ty nie mówią o nim w żaden sposób na głos.
Pierwszą godzinę spędzasz sprzątając łazienki dla gości, wsłuchując się w salon na końcu korytarza. Każdy dźwięk, który może należeć do Emmy, przyspiesza bicie serca. Dom jest na tyle ogromny, że wydaje się nierealny, pełen ciemnego orzecha, marmurowych podłóg i portretów surowych przodków, którzy wyglądają, jakby uważali uśmiech za lukę podatkową dla słabszych. Mężczyźni w garniturach wchodzą i wychodzą. Kobiety z tabletami poruszają się szybko, ale nigdy się nie spieszą. Gdzieś na górze męski głos wydaje polecenie po włosku, a wszyscy na drugim piętrze zdają się poruszać o pół cala szybciej.
O wpół do ósmej z podsłuchanej rozmowy personelu dowiadujesz się, że jest spotkanie śniadaniowe.
Leave a Comment