„Tak”, mówi cicho. „Wiem”.
Kiedy w końcu zmuszasz się, żeby spojrzeć mu w oczy, coś w jego wyrazie twarzy się zmienia. Nie gniew. Nie zraniona duma. Coś bardziej skomplikowanego. Być może cena bycia dokładnie widzianym przez kogoś, czyj strach ma znaczenie.
„Nie będę ich dotykał” – mówi. „Zadowolony?”
„Nie.”
„Dobrze. Zadowolenie rodzi niefrasobliwość.”
Znów ten prawie uśmiech, prawie zniknął.
Kuca, nie na tyle blisko, by cię przytłoczyć, ale na tyle, by zniżyć się w twoim polu widzenia. To zaskakująca postawa, ten mężczyzna, którego całe ciało wydaje się być zbudowane tak, by górować nad resztą. „Cassidy. Gdybym oczekiwał od ciebie posłuszeństwa, wiedziałbym już, jak o nie poprosić. Nie chcę.”
Słowa uderzają cię jak dłoń w mostek.
„Czego więc chcesz?” – szepczesz.
Jego odpowiedź pada bez wahania. „Żebyś przestała się napinać za każdym razem, gdy otwierają się drzwi.”
To pierwszy moment, w którym naprawdę się go boisz.
Nie dlatego, że ci zagraża.
Bo widzi za dużo.
Życie w kamienicy nabiera rytmu, któremu nigdy nie zamierzałeś zaufać.
Pani Alvarez przejmuje kuchnię i, co za tym idzie, największy autorytet moralny w promieniu trzydziestu metrów. Karmi cię zupami na tyle treściwymi, że wydają się lecznicze, i uczy cię, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, które szafki zawierają naczynia bezpieczne dla niemowląt i gdzie leżą zapasowe koce. Emma stopniowo poprawia się pod wpływem połączonych sił antybiotyków, ciepła i opieki dorosłych, którzy nie uważają jej choroby za niedogodność.
Matteo przychodzi i odchodzi o dziwnych porach.
Czasami w garniturach, czasami w swetrach, zawsze w towarzystwie niewidzialnego systemu pogodowego mężczyzn, którzy oczyszczają korytarze, zanim on na dobre do nich wejdzie. Jednak w domu jego obecność jest cichsza, niż się spodziewasz.
ct. Nigdy nie pojawia się w twoich drzwiach bez zaproszenia. Nigdy nie dotyka Emmy bez pytania. Nigdy nie pyta o Dereka, chyba że najpierw o nim wspomnisz. To powściągliwość wydaje się przemyślana, celowa, a może nawet trudna.
To ma znaczenie.
Pewnego popołudnia, gdy Emma w końcu drzemie bez kaszlu co sześć minut, wchodzisz do małej biblioteki przy tylnym korytarzu i znajdujesz tam Matteo siedzącego na podłodze.
To już wystarczająco dziwne.
Dziwniejszy jest mały chłopiec obok niego.
Sześcioletni, może siedmioletni, ubrany w granatowy mundurek szkolny, z ciemnymi włosami sterczącymi na baczność wbrew wszelkim zasadom higieny. Jedno kolano ma uniesione, jedną rękę obejmuje i wpatruje się w szachownicę, jakby obraziła jego krew. Matteo podnosi wzrok, gdy wchodzisz.
Chłopiec nie.
Leave a Comment