Dom, w którym Lucia przeżyła najgorsze dni, zamieniłam w tymczasowe schronienie. Nie duży, nie idealny, ale realny. Miejsce, do którego może przyjechać kobieta z torbą ubrań i załamanym spojrzeniem, a ktoś powie jej: „Jesteś tu bezpieczna”. W jednym z pokoi postawiłam puste łóżeczko. Nie po to, żeby się katować, ale żeby przypomnieć sobie, dlaczego to robię.
Czasami, nocą, siedzę w salonie i nachodzi mnie wspomnienie: Lucia śmiejąca się jak dziecko, Lucia w ciąży głaszcząca się po brzuchu, Lucia patrząca w podłogę i mówiąca „wszystko w porządku”. I to boli. Boli jak pierwszego dnia.
Ale czuję też coś jeszcze, płomień, o którym istnieniu nie wiedziałam: pewność, że miłość nie zawsze ratuje na czas… ale i tak może zapobiec śmierci innych.
Leave a Comment