I oto był.
Marco DeLuca.
Stopa dziewięćdziesiąta. Teraz siwe skronie. Oczy jak zaostrzone stalą.
Spojrzał na mnie z góry, przyjrzał się nodze, siniakom tworzącym się na moim policzku.
Zacisnął szczękę.
„Kto to zrobił?” zapytał.
„Już wiesz” – odparłam.
Uniósł mnie ostrożnie, jakbym była czymś cennym i kruchym.
Na górze rozległ się zdezorientowany głos Ethana.
„Co do cholery – kim wy jesteście?”
Marco nie odpowiedział.
Ale ja odpowiedziałam.
Z jego ramion.
„To” – powiedziałam mężowi, gdy krew kapała na jego marmurową podłogę – „jest prawa ręka mojego ojca”.
Ethan zamrugał.
Zawsze miałam na nazwisko Romano.
Po prostu nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zapytać, który Romano.
I w tym momencie – kiedy strach w końcu zajaśniał w jego oczach – poczułam coś nieoczekiwanego.
Leave a Comment