Jeden.
Dwa.
Trzy.
Każdy dźwięk dzwonka przechodzi przez dom jak gwóźdź wrzucony do głębokiej studni.
O siódmej twoje tętno wali tak mocno, że jesteś pewna, że usłyszy je przez drzwi. O dziewiątej zamarłaś na tyle, że aż bolały cię mięśnie.
Zmuś oddech do wolniejszego. Lekko rozluźnij szczękę. Jedną dłoń luźno połóż na kocu, tak jak zwykle opada, gdy herbata cię pochłania.
Potem rozlegają się kroki.
Ciche.
Wyważone.
Nie do końca skradanie się, bo skradanie się oznacza pośpiech lub poczucie winy. Te kroki niosą ze sobą rutynę. Praktykę. Robił to już wcześniej. Wiele razy. Może każdej nocy od pierwszej filiżanki „waleriany”. Ta świadomość sprawia, że mdłości podchodzą ci do gardła.
Drzwi się otwierają.
Trzymasz oczy zamknięte.
Deski podłogowe szeleszczą pod jego ciężarem. Ciśnienie w pokoju zmienia się tak, jak wtedy, gdy wchodzi kolejne ciało, a jakaś pierwotna część ciebie chce rzucić się do ucieczki, rzucić się przez ciemny od deszczu korytarz, krzycząc, aż stare portrety spadną ze ścian. Ale strach, kiedy jest przydatny, nie ucieka. On słucha.
Alejandro podchodzi do łóżka.
Czujesz jego obecność obok siebie, na tyle blisko, że dociera do ciebie jego zapach: czysty krochmal z jego koszuli, tytoń, którego, jak mu się wydaje, nie czujesz, i ta sama medyczna słodycz, która unosiła się pod herbatą. Przez chwilę nic nie mówi.
Potem, cicho, niemal czule: „Zawsze można było ci zaufać”.
Całe twoje ciało zamienia się w lód pod kocem.
Słyszysz, jak się pochyla, być może, żeby przyjrzeć się twojej twarzy. Jednym palcem odgarnia włosy z twojego czoła. Ten gest jest intymny w sposób, który wydaje się głęboko niewłaściwy, nie tyle zmysłowy, co zaborczy, jakby sprawdzał stan czegoś, co do niego należy.
„Wkrótce” – mruczy. „Jeszcze tylko chwilę”.
Potem odsuwa się.
Słyszysz, jak otwierają się drzwi szafy.
Szelest materiału.
Potem ciche, metaliczne kliknięcie, a potem ciche zgrzytanie drewna o tynk. Ukryty zatrzask. Ukryte drzwi. Twój pokój skrywa w sobie tajemnice. Stary dom, jak widać, skrywa w swoich ścianach coś więcej niż tylko smutek.
Ryzykujesz najmniejszą szparkę widzenia pod rzęsami.
Alejandro jest na wpół ukryty za szafą. Wąski panel w ścianie jest otwarty tam, gdzie powinna być tylko kwiecista tapeta i stary cedr. Za nim panuje ciemność. Przemyka bokiem, niosąc latarnię, której nigdy nie widziałeś, by świeciła. Panel zamyka się za nim niemal bezgłośnie.
Przez sekundę stoisz jak wryty.
Leave a Comment