Pokręciła głową. „Nie. Tata jeszcze nie wrócił. To był ten drugi mężczyzna. Miał bliznę koło oka. Mama go wpuściła, bo go znała”.
Kolana Ramiro lekko się ugięły, a łańcuch napiął. „Nigdy mi nie mówiła o żadnej bliźnie” – mruknął, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego.
„Czuł dym” – kontynuowała Salomé. „Powiedział, że mama jest mu winna. Potem ją popchnął. Upadła. Rozległ się głośny dźwięk”.
Nikt nie musiał jej tłumaczyć, co to za głośny dźwięk. Słowo „s*ng” nie musiało zostać wypowiedziane. I tak wisiało w powietrzu, sugerowane, zapamiętane.
„Schowałam się za kanapą” – powiedziała. „Tata wszedł później. Pobiegł do mamy. Podniósł gin. Wtedy przyjechała policja”.
Prostota jej opowieści utrudniała jej zignorowanie. W jej głosie nie było dramatyzmu, żadnych upiększeń, tylko fragmenty zszyte wspomnieniem i strachem.
Méndez spojrzał na Ramiro, naprawdę na niego spojrzał, widząc nie skazańca, ale ojca kurczowo trzymającego się cieniutkiej nitki możliwości.
„Dlaczego teraz?” – zapytał cicho Méndez dziewczynę. „Dlaczego o tym opowiadasz dzisiaj?”
Odpowiedź Salomé była ledwie słyszalna. „Bo mówili, że dziś rano umrze. A jeśli umrze, kłamstwo zwycięży na zawsze”.
Ramiro znów zaczął szlochać, ale tym razem pod spodem kryło się coś innego, coś ostrzejszego niż rozpacz. Nadzieja potrafi ranić równie głęboko jak żal.
Starszy strażnik poruszył się niespokojnie. „Pułkowniku, nakaz egzekucji jest w mocy. Nie wznawiamy spraw z powodu opowieści dziecka”.
Méndez o tym wiedział. Procedura była jasna. Apelacje zostały wyczerpane. Zegar nie zatrzymał się na ostatnich wspomnieniach.
Mimo to obraz złotego zegarka nie chciał go opuścić. Pamiętał pewność siebie Ortegi, sposób, w jaki zniechęcał dziewczynę do dalszego przesłuchania, nazywając ją niezrównoważoną.
Leave a Comment