Budzisz się przed wschodem słońca, bo głód jest lepszym budzikiem niż jakikolwiek telefon.
W domu pachnie wilgotnym drewnem i dawną porażką, ale nie pozwalasz, by zapach zagnieździł się w twoich płucach. Płuczesz twarz zimną wodą z popękanej umywalki, a potem patrzysz na Sofię śpiącą z jednouchym królikiem przytulonym do policzka niczym maleńki strażnik.
Szepczesz obietnicę, której jeszcze nie do końca wiesz, jak dotrzymać.
„Dzisiaj zaczynamy” – mówisz do ciemności.
Wychodzisz na zewnątrz z zardzewiałą motyką w dłoniach i notesem w kieszeni i przemierzasz pięć hektarów jak generał inspekcyjny pole bitwy. Chwasty są tak wysokie, że mogłyby ukryć węże. Stare grządki tytoniu to duchy. Gleba jednak żyje pod tym bałaganem i czujesz to tak, jak czujesz matematykę, zanim ją zapiszesz.
Klękasz, ściskasz grudkę ziemi, rozcierasz ją między palcami.
Miejscami zbyt ubita. Piaszczyste przy zboczu. Czarniejsze przy strumieniu. To mapa.
Stajesz i patrzysz w stronę szumu wody.
Krok pierwszy: zabezpiecz wodę.
Strumyk to twoja linia życia, ale obietnic nie da się zwieść. Znajdujesz stary kikut rury z tyłu domu, na wpół zakopany, i kopiesz wokół niego, aż paznokcie pękają, a dłonie pieką.
Pod błotem odkrywasz stary zawór i rurę biegnącą w stronę posesji, jakby kiedyś zasilała coś większego.
Leave a Comment