Pozwalasz herbacie dotknąć ust, ale nie zaufania.
Porcelanowa filiżanka jest ciepła w twoich dłoniach, niemal kojąca, jeśli ignorujesz sposób, w jaki Alejandro patrzy na ciebie znad krawędzi swojego nietkniętego kubka. Światło w jadalni jest słabe, bursztynowe i stare, takie samo, które kiedyś sprawiało, że sztućce twojej matki wyglądały miękko i magicznie, gdy byłaś mała. Teraz tylko wydłuża cienie. Sprawia, że uśmiech twojego brata wydaje się pożyczony.
Odchylasz filiżankę na tyle, żeby uwierzył.
Gorzki zapach unoszący się z pary jest zły. Nie tylko waleriana, nie tylko rumianek. Jest pod nim coś cięższego, słodycz, która staje się kwaśna w gardle, medyczna i lekko metaliczna. Pozwalasz, by trochę zwilżyć usta, nic nie przełykasz i odkładasz filiżankę, mrugając sennie, tak jak ćwiczyłaś przed lustrem.
Alejandro rozluźnia się niemal niezauważalnie.
To drobne rozluźnienie w jego ramionach przyprawia cię o dreszcze bardziej niż uśmiech złoczyńcy z taniej powieści. Prawdziwe zagrożenie zazwyczaj nie daje o sobie znać. Wydycha powietrze, gdy myśli, że pułapka zadziałała. Wyciąga rękę i ściska twój nadgarstek w geście, który dla każdego innego wyglądałby jak braterska miłość.
„Potrzebujesz odpoczynku” – mruczy. „Jesteś taka niespokojna, odkąd odeszła Mama”.
Kiwasz głową.
To prawda. Jesteś niespokojna. Od pogrzebu dom zmienił kształt wokół ciebie, choć jego ściany pozostały takie same, spękane, kremowe tynki, te same ciemne drewniane belki na sufitach, ten sam długi korytarz z portretami świętych, które, jak kiedyś upierała się twoja babcia, miały powstrzymać zło przed wejściem. Zło, uczysz się, nie zawsze przychodzi z zewnątrz.
Czasami uczy się razem z tobą desek podłogowych.
Powoli odsuwasz krzesło, udając zmęczenie.
Leave a Comment