Poranek w wyspiarskiej wiosce nie obudził się łagodnie. Przyszedł jak głośna ciotka, przynosząc hałas, upał i niepotrzebne opinie. Koguty wrzeszczały, jakby brały udział w zawodach. Garnki brzęczały. Kobiety kłóciły się o ceny ryb przed wschodem słońca, jakby to był narodowy sport. Morska bryza niosła sól, plotki i zapach smażonej akary, zapach tak kuszący, że mógłby skłonić świętego do przemyślenia wszystkiego.
A w samym środku tego całego chaosu Fumi już się obudziła.
Nie siedziała na zewnątrz i nie dyskutowała, kto kogo wczoraj obraził. Nie poprawiała peleryny, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nie. Fumi stała przed swoim małym lustrem, związując kręcone włosy w ciasny kok, jakby szykowała się do bitwy, którą w myślach właśnie była. Zmrużyła oczy, patrząc na swoje odbicie.
„Dzisiaj” – oznajmiła dramatycznie, wskazując na siebie – „nie wrócisz z pustymi rękami. Słyszysz mnie?”
Zza niej dobiegł westchnienie matki.
Leave a Comment