Victor stał w korytarzu, trzymając torbę podróżną. Jego kostki palców były białe tam, gdzie ściskał klamkę. Oparłam się o framugę kuchennych drzwi, a w żołądku uformowała mi się lodowata kula. Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie. Czułam to w trzewiach od miesięcy, zimny strach, który podążał za mną z pokoju do pokoju. Ale miałam nadzieję, modliłam się, żebym się myliła.
„Wychodzę” – powiedział Victor stłumionym głosem, ze wzrokiem utkwionym w punkcie podłogi gdzieś po mojej lewej stronie.
Zamilkłam. Widziałam, jak drżą mu dłonie, jak nerwowo przenosi ciężar ciała z nogi na nogę. Po tylu latach małżeństwa znałam go jak własną kieszeń. Znałam każdą zmarszczkę w okolicy jego oczu, każdy pieprzyk na plecach. A teraz, patrząc na tego złamanego, zdezorientowanego mężczyznę, wiedziałam, że tracę go na zawsze.
„Komu?” W końcu udało mi się wydusić z siebie te słowa, starając się nie załamać głosu.
Leave a Comment