Z natury jestem cichym człowiekiem. Mając sześćdziesiąt lat, znajduję największą przyjemność w prostych rzeczach: satysfakcjonującym ciężarze dobrze wyprawionej żeliwnej patelni, ostrym, czystym zapachu trocin w warsztacie, specyficznym odcieniu szmaragdowej zieleni, jaki nabiera trawnik po obfitym deszczu. Wychowałem moją córkę Sandrę w tym samym skromnym, trzypokojowym domu, który zostawili mi rodzice. To dobry dom – solidny, uczciwy i bezpretensjonalny.
Prowadzę firmę, odnoszącą sukcesy w branży, którą większość ludzi uważa za straszliwie nudną: produkującą precyzyjne komponenty przemysłowe. Produkujemy te drobne, niezbędne elementy, które znajdują się w wielkich, imponujących obiektach. Nigdy nie widziałem potrzeby, by żyć jak król. Pieniądze są dla mnie tylko liczbą na ekranie; nie są realne tak, jak słoje świeżo oszlifowanego kawałka dębu.
Sandra, moje jedyne dziecko i niekwestionowane centrum mojego wszechświata, to rozumie. A przynajmniej tak mi się zdawało.
Potem przywiozła Matthewa do domu na kolację.
Leave a Comment