Niedzielne popołudniowe słońce sączyło się przez ciężkie, aksamitne zasłony Greystone Manor, rzucając długie, przytłaczające cienie na perskie dywany. Powietrze w salonie było stęchłe, przesiąknięte zapachem drogiego potpourri i metalicznym posmakiem napięcia. Był to pokój, w którym cisza wydawała się cięższa od słów, a śmiech zamierał, nim zdążył wyjść z gardła.
Ja, Emily Thorne, siedziałam na krawędzi krzesła w stylu Ludwika XIV, które kosztowało więcej niż mój pierwszy samochód, starając się zachować uprzejmy uśmiech, który przykleił mi się do twarzy od trzech godzin. Plecy bolały mnie od sztywności postawy – wyuczonego mechanizmu obronnego w tym domu drapieżników.
Naprzeciwko mnie siedziała Constance Thorne, moja teściowa. Była kobietą wyrzeźbioną z lodu i starych pieniędzy, jej srebrne włosy były idealnie ułożone w hełm władzy, a oczy bystre i badawcze jak jastrząb wypatrzywszy mysz polną. Obok niej siedział Mark, mój mąż. Krążył przy oknie, sprawdzając po raz czwarty w ciągu dziesięciu minut swój Rolex. Jego noga podskakiwała – nerwowy tik, który pojawiał się tylko wtedy, gdy kłamał lub przegrywał pieniądze. Ostatnio często robił jedno i drugie.
Leave a Comment