Dzika Montana była rozległą katedrą sosen i ciszy, przerywanej jedynie chrupnięciem butów na suchych igłach i hałaśliwym, zgrzytliwym śmiechem Ricka i Bo.
Byli kuzynami mojego zięcia, miejscowymi chłopakami, którzy nosili kamuflaż jak drugą skórę i nosili karabiny z nonszalancją graniczącą z groźbą. Dla nich las był placem zabaw dla ich okrucieństwa; dla mnie, Roberta, był to test wytrzymałości.
Szedłem kilka kroków za nimi, moje drogie buty trekkingowe – „miejskie glany”, jak nazywał je Rick – pokonywały nierówny teren. Obok mnie szedł Leo, mój czternastoletni syn. Leo był łagodnym człowiekiem, chłopakiem, który wzdrygał się na głośne dźwięki i wolał ciche towarzystwo książek od krwawego sportu, jakim są polowania. Był tu tylko dlatego, że myślałem, że będzie to doświadczenie budujące więzi, szansa na załagodzenie dystansu do nowej rodziny mojej córki.
Myliłem się.
„Dawaj, Leo-chłopcze!” krzyknął Bo, klepiąc Leo po plecach na tyle mocno, że się potknął. „Przestań się ociągać. Chcesz zobaczyć jelenia, prawda? A może boisz się Bambiego?”
Zajmowali się tym cały ranek. Częstowali Leo łykami gorzkiej whisky, kpili z jego odmowy, nazywali go „księżniczką” i „miękkim”. Interweniowałem już dwa razy, spokojnym, lecz stanowczym głosem, tylko po to, by zostać zbytym machnięciem ręki i szyderczym uśmieszkiem.
„Spokojnie, Rob” – powiedział Rick, spluwając sokiem tytoniowym na paproć. „Tylko go hartujemy. Chłopaki z miasta potrzebują trochę hartu ducha. Pozwól nam się tym zająć”.
Widziałem, jak ramiona Leo opadają, a wzrok wbija się w ziemię. Krew we mnie wrze, powoli, niebezpiecznie gorąco. Nie byłem myśliwym, to prawda. Ale w mojej pracy – międzynarodowej logistyce i zarządzaniu kryzysowym – miałem do czynienia z drapieżnikami o wiele groźniejszymi niż ci dwaj leśni łobuzi. Miałem tylko nadzieję, że nie będę musiał tego udowadniać.
Słońce było wysoko, kiedy Rick zaproponował, żebyśmy się rozdzielili.
„W tamtym wąwozie jest ścieżka dla zwierzyny” – powiedział, wskazując na gęste zarośla. „Leo, chodź z nami. Twój tata za bardzo hałasuje. Jeśli chcesz być mężczyzną, musisz nauczyć się chodzić cicho”.
Zawahałem się. „Nie sądzę, żeby to był dobry pomysł. Trzymajmy się razem”.
Leo spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. Rozpaczliwie pragnął ich aprobaty, rozpaczliwie pragnął udowodnić, że się nie boi. „W porządku, tato. Pójdę. Mogę być cicho”.
„Widzisz?” Bo uśmiechnął się szeroko, pokazując pożółkłe zęby. „Chłopak ma charakter. Spuść go ze smyczy, Rob”.
Nie podobało mi się to. Każdy instynkt, który wyćwiczyłem przez dwadzieścia lat nawigowania po wrogich terytoriach, podpowiadał mi, że to źle. Ale skinąłem głową. „Nie wyłączaj telefonu, Leo. Jeśli ich stracisz z oczu, zatrzymaj się i zadzwoń do mnie”.
„Tak, tak” – mruknął Rick. „Ruszajmy”.
Leave a Comment