Obserwowałem, jak znikają w cieniu drzew, a pomarańczowy kolor ich kamizelek migotał niczym dogasające węgle. Trzymałem się z tyłu, sprawdzając GPS w telefonie. Brak sygnału. Oczywiście.
Postanowiłem podążać za nimi z daleka, trzymając się grzbietu. Niepokój ścisnął mi kark niczym ładunek elektrostatyczny. Las wydawał się teraz zbyt cichy, ptaki milczały, wiatr wstrzymywał oddech.
Dziesięć minut później krzyk rozdarł świat.
To był dźwięk czystej, nieskażonej agonii, przenikliwy i przerażony.
„Tato!”
Leo.
Uciekłem.
Nie dbałem o dyscyplinę w hałasie. Nie obchodził mnie teren. Przedzierałem się przez zarośla, gałęzie smagały mnie po twarzy, aż krew ciekła. Serce waliło mi w piersiach w szalonym rytmie, zagłuszając dźwięk mojego nierównego oddechu.
Wypadłem na małą polanę i zamarłem.
Scena była koszmarem wyrytym w ziemi. Leo leżał na ziemi, z twarzą wykrzywioną w grymasie bólu, jakiego nigdy wcześniej nie widziałem. Jego lewa noga tkwiła w zardzewiałych, poszarpanych szczękach starej pułapki na niedźwiedzie, ukrytej pod stertą liści. Zęby wbiły się głęboko w łydkę.
Krew, jasna i niepokojąca, wsiąkała w jego dżinsy i zbierała się na leśnym dnie.
„Tato!” krzyknął, wyciągając do mnie ręce, drapiąc palcami ziemię. „Tato, pomóż mi! Boli! Proszę!”
Leave a Comment