Rozdział 1: Perfumy Intruza
Izolacja, jaką zapewnia ogromne bogactwo, to osobliwy rodzaj narkotyku. Z czterdziestego piątego piętra Sterling Heights Tower, rozległa metropolia w dole zamieniała się w cichą, lśniącą płytkę drukowaną. Tutaj, na górze, chaos miasta nie mógł mnie dotknąć. Klimatyzacja utrzymywała sterylną, muzealną temperaturę 20 stopni Celsjusza. Powietrze było dwukrotnie filtrowane. Moja oaza była nieprzenikniona. A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki dzwonek windy nie oznajmił nadejścia infekcji.
Siedziałem w moim fotelu z uszami, skóra chłodna w dotyku, a na kolanach leżało otwarte, oryginalne, pierwsze wydanie „Vanity Fair”. O dziewiątej penthouse zazwyczaj był katedrą ciszy, z wyjątkiem cichego, rytmicznego szumu miasta wibrującego przez zbrojone szkło. Każdy przedmiot w tej rozległej, pięciotysięcznej przestrzeni – od ręcznie tkanych perskich jedwabnych dywanów importowanych z Tebrizu po abstrakcyjne rzeźby z brązu, stanowiące trzon holu – został przeze mnie starannie dobrany. Sfinansowany przez imperium mojej rodziny.
„Elena?”
Głos należał do mojego męża, Marka. Odbił się echem od marmuru karreryjskiego w holu. Brzmiał okropnie napięty, jego ton głosu wzrósł o pół oktawy do nerwowej, piskliwej częstotliwości.
„Jestem w głównym salonie” – odkrzyknęłam, po raz trzeci przeszukując wzrokiem ten sam akapit, nie przyswoiwszy sobie ani jednego słowa.
Usłyszałam trzask zamykanych ciężkich, dębowych drzwi. Potem rozległy się kroki. Znajome mokasyny Marka na ciężkich obcasach zadudniły o podłogę, ale towarzyszył im obcy rytm. Klik, klak, klak, klak. Ostre, staccato tanich szpilek.
Zamknąłem starą księgę, której grzbiet cicho zaskrzypiał, i położyłem ją na mahoniowym stoliku.
Mark zmaterializował się w wielkim łuku. Jego grafitowy garnitur, szyty na miarę, który zazwyczaj nadawał mu pozór niezasłużonej władzy, wyglądał na pognieciony i duszący. Krawat miał przekrzywiony, a górną wargę pokryła mu warstewka przerażonego potu. Wyglądał dokładnie jak człowiek, który wszedł na pole minowe i usłyszał właśnie stukot buta.
Pół kroku za nim czaiła się dziewczyna.
Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia trzy lata. Była ubrana w jaskrawą, szkarłatną sukienkę Versace – a przynajmniej jej imitację. Głęboki dekolt i marszczenia w talii krzyczały o desperackim chodzeniu po klubach, ubranie o dwa sezony niemodne, prawdopodobnie wygrzebane z podmiejskiego outletu. Niewygodnie marszczył się na biodrach, a tania mieszanka syntetyczna walczyła z jej krągłościami.
„Yyy… Elena” – wyjąkał Mark, nerwowo rozglądając się po pokoju, rozpaczliwie unikając mojego wzroku. Przestępował z nogi na nogę jak winny maluch. „To… to Chloe”.
Zostałam na miejscu, starannie składając dłonie na kolanach. Pozwoliłam, by między nami nastała długa, bolesna cisza. „Chloe” – powtórzyłam w końcu, smakując nieznane imię. Smakowało jak tania sacharyna.
„Moja kuzynka” – wyrzucił z siebie Mark, a kłamstwo wydobyło się z jego ust z gracją spadającej cegły. „Daleka kuzynka. Z północnej części stanu. Ona… eee… spóźniła się na pociąg regionalny do domu. Następny odjazd jest dopiero jutro rano. Utknęła na stacji, więc powiedziałem jej, że może tu przenocować”.
Przyjrzałam się intruzowi. Chloe nie wyglądała na osobę dojeżdżającą do pracy. Nie miała bagażu, żadnej sensownej torby podróżnej, nawet płaszcza, który chroniłby ją przed październikowym chłodem. Ściskała mikroskopijną, cekinową torebkę, która ledwo mieściła telefon komórkowy i szminkę. Jej makijaż był gruby, wypalony z myślą o ostrym oświetleniu saloniku VIP, a nie o jarzeniówkach na dworcu kolejowym.
„Dobry wieczór” – wycedziła. Nie uśmiechnęła się uprzejmie ani nie podała ręki. Zamiast tego całkowicie ominęła Marka i dumnie weszła prosto w sam środek mojego salonu.
Powoli obróciła się na szpilkach, omiatając wzrokiem okna sięgające od podłogi do sufitu, czarny lakierowany fortepian i rozłożystą włoską lnianą sofę. Głód w jej oczach był instynktowny, naga, pazerna chciwość, której nie potrafiła ukryć.
„Wow” – wydyszała Chloe. To nie był komplement, to była ocena. „Kuzyn Mark naprawdę się w to wpakował, prawda? Nigdy mi nie mówiłaś, że twoje mieszkanie jest takie… ogromne”.
„Mark wkłada w to mnóstwo energii” – odpowiedziałam głosem gładkim jak szkło. Wstałam, a jedwab mojego stroju domowego ułożył się idealnie. „Nie wiedziałam, że jego dalsza rodzina odwiedza miasto”.
Chloe zmierzyła mnie wzrokiem. Jej wzrok przesunął się po mojej nagiej twarzy, nieuczesanych włosach, skromnych ubraniach bez metek. Widziałam, jak w jej głowie kręcą się prymitywne trybiki. Skatalogowała mnie jako starzejący się relikt, samozadowoloną, nudną żonę-trofeum, gotową do zastąpienia.
„Rodzina to bałagan” – uśmiechnęła się Chloe z uśmieszkiem. Gwałtownie odwróciła się i ruszyła w stronę barku – mojego prywatnego barku, zaopatrzonego w single malty sprzed jej narodzin. Objęła palcami ciężką, kryształową karafkę. „Nie masz nic przeciwko, prawda? Dworzec kolejowy był niesamowicie zakurzony”.
Nie czekając na pozwolenie, nachyliła się.
Leave a Comment