klatka piersiowa odmawiała posłuszeństwa. Powietrze było uwięzione gdzieś poza moim zasięgiem, moje ciało odmawiało współpracy w sposób, który przerażał mnie bardziej niż cokolwiek innego. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam mówić. Podłoga pode mną wydawała się zimniejsza niż powinna, napierając na mnie, jakby była jedyną rzeczą, która mnie trzymała w miejscu. Mój wzrok rozmywał się na krawędziach, kształty pojawiały się i znikały, a mój umysł walczył o to, by pozostać obecnym. Pamiętam, jak próbowałam skupić się na czymś – czymkolwiek – by zachować świadomość. Na rogu pokoju. Na zarysie drzwi. Na jego butach. Na czymkolwiek, co mogłoby mnie unieruchomić. Ale nic nie było stabilne. Wszystko się przesuwało, zniekształcało, oddalało. Potem usłyszałam głosy. Na początku odległe, jakby nie pasowały do tej samej przestrzeni. Natarczywe. Nakładające się na siebie. Ktoś wypowiadał moje imię. Ktoś inny krzyczał. Ton był inny niż jego. Niekontrolowany. Nie wściekły. Zaniepokojony. To była ostatnia rzecz, jaką usłyszałem, zanim wszystko zgasło. Myśleli, że na tym się skończy. Myśleli, że cisza, która nastąpiła, wystarczy, by to pogrzebać, jak wszystko inne przedtem. Ale nie zrozumieli czegoś kluczowego – tym razem nie pozostało to w tym pokoju. Bo w chwili, gdy te głosy do mnie dotarły, coś już się zmieniło. A kiedy coś się tak zmienia… to już nie wraca.
Leave a Comment