„Mówili, że to tylko dramat”. Tak to określiła moja matka, kiedy leżałam tam, drżąc, z ciałem płonącym gorączką, której ledwo mogłam przeżyć. 40 stopni – a ona i tak odeszła. W domu zapadła cisza. Zbyt cisza. Myślałam, że najgorsze jest to, że zostaję sama. Myliłam się. Bo kilka godzin później, kiedy ledwo mogłam się ruszyć, usłyszałam coś – głos, niski, nieznany, niosący się echem po pustym domu. I w tym momencie zdałam sobie sprawę… że nie jestem sama. I mogę nie przetrwać dnia.

„Mówili, że to tylko dramat”. Tak to określiła moja matka, kiedy leżałam tam, drżąc, z ciałem płonącym gorączką, której ledwo mogłam przeżyć. 40 stopni – a ona i tak odeszła. W domu zapadła cisza. Zbyt cisza. Myślałam, że najgorsze jest to, że zostaję sama. Myliłam się. Bo kilka godzin później, kiedy ledwo mogłam się ruszyć, usłyszałam coś – głos, niski, nieznany, niosący się echem po pustym domu. I w tym momencie zdałam sobie sprawę… że nie jestem sama. I mogę nie przetrwać dnia.

„Mówili, że to tylko dramat”. To były ostatnie słowa matki, zanim wyszła z pokoju, jej głos był lekceważący, wręcz zirytowany – jakby moje drżenie pod warstwami koców było raczej niedogodnością niż ostrzeżeniem. Wciąż słyszałam jej kroki cichnące na korytarzu, spokojne, obojętne, aż drzwi wejściowe się zamknęły, a dom zapadł w ciszę. Zbyt cicha. Cisza, która nie przynosi ukojenia – ona przytłacza. Czułam, jakby moje ciało płonęło od środka. Każdy oddech był zbyt gorący, zbyt ciężki, jakby samo powietrze zgęstniało. Bolała mnie skóra, głowa pękała, a pokój rozmazywał się za każdym razem, gdy próbowałam się skupić. Pamiętam, jak w pewnym momencie sięgnęłam po telefon, a moja ręka drżała zbyt mocno, by go prawidłowo odblokować. Ekran wyślizgnął mi się z palców, lądując gdzieś poza zasięgiem. I nie miałam siły, żeby spróbować ponownie. Powtarzałam sobie, że to minie. Że może mieli rację. Że nie jest tak źle, jak się czułam. Ale w głębi duszy… wiedziałam. 40 stopni to nie dramat. To niebezpieczeństwo. Czas przestał mieć sens. Minuty ciągnęły się w coś bezkształtnego. Światło w pokoju zmieniało się powoli, mówiąc mi, że mijają godziny, ale moje ciało nie nadążało. Dryfowałam i odpływałam, nie do końca śpiąca, nie do końca rozbudzona – po prostu… istniejąc gdzieś pomiędzy. Sama. Całkowicie sama. W pewnym momencie cisza się zmieniła. Nie stała się głośniejsza. Po prostu… inaczej. Zajęło mi chwilę, zanim zrozumiałam dlaczego. Bo to już nie była cisza. To było coś innego. Dźwięk. Słaby. Prawie odległy. Wstrzymałam oddech, próbując skupić się ponad pulsowaniem w uszach. Znów to usłyszałam. Głos. Niski. Nieznajomy. Nie dochodzący z zewnątrz – nie z przejeżdżającego samochodu, nie z ulicy. Rozlegał się w domu. Serce waliło mi jak młotem, ale nawet to wydawało się spowolnione, opóźnione przez gorączkę, która wszystko przygniatała. Nie mogłam się ruszyć. Nie mogłam usiąść. Ledwo mogłam obrócić głowę. Ale jedno wiedziałam jasno. Nie byłam już sama. I czymkolwiek był ten głos… nie pasował.

back to top