„Mam. Powodzenia wam obojgu, panie Peters”.
Złożyłem trzy kupony. Kupon Teresy trafił do mojej kieszeni koszuli. Moje dwa powędrowały do portfela, schowane bezpiecznie za zdjęciem Margaret.
Kiedy wróciłem, wciąż leżały na kanapie. Położyłem trzy kupony na stoliku kawowym.
„Kupony mam” – powiedziałem. „Losowanie we wtorek”.
„Świetnie”. Teresa nawet nie podniosła wzroku. „Teraz możesz zacząć planować, jak wydać swoje miliony”.
„Może kupisz nam nowy dom” – mruknął Neil, chwytając kupon i zerkając na niego.
Wyciągnęłam go, po czym odrzuciłam z powrotem. „Trzydzieści milionów, co? Znając nasze szczęście, wygramy darmowy los”.
Przez cztery dni byłam duchem w ich domu. Losy leżały na stole, zapomniane wśród śmieci. Przeczytałam książkę, zjadłam resztki zapiekanki i czekałam.
Wtorek wieczorem rozpoczął się pokaz loterii. Zebraliśmy się z przyzwyczajenia.
„Równie dobrze możemy sprawdzić nasze przegrane losy” – powiedziała Teresa, zbierając trzy karteczki.
Prowadzący, pełen entuzjazmu i zębów, ogłosił zwycięzcę. „Trzydzieści milionów dolarów!”
„Można za to kupić dużo piwa” – mruknął Neil.
Wpadła pierwsza kula. „Siedem”.
Teresa zmrużyła oczy, patrząc na pierwszy los. „Hej, mamy siódemkę”.
„Nie podniecaj się” – powiedział Neil.
„Dwadzieścia trzy”.
Teresa usiadła. „Ten też mamy”.
„Trzydzieści jeden.”
„Czekaj.” Jej głos się podniósł. „Neil, to trzy liczby.”
„Czterdzieści dwa.”
Leave a Comment