„Uznał, że wypłata z ubezpieczenia na życie będzie łatwiejsza”. Surowe ostrzeżenie barmana uratowało mi życie przed własnym synem.

„Uznał, że wypłata z ubezpieczenia na życie będzie łatwiejsza”. Surowe ostrzeżenie barmana uratowało mi życie przed własnym synem.

Nie pobiegłem. Skradałem się wzdłuż ceglanego muru, serce waliło mi jak młotem. Musiałem poznać cały plan. Dotarłem do rogu budynku i rozejrzałem się, chowając się za dużym śmietnikiem.

Lance i trzej mężczyźni zebrali się pod latarnią.

„Jutro o ósmej” – mówił ten o imieniu Reed. „Udawajcie, że to wypadek. Awaria hamulców, problem z układem kierowniczym. Coś mechanicznego”.

Lance energicznie skinął głową. „Zawsze parkuje w tym samym miejscu za swoim warsztatem. Istota przyzwyczajenia”.

„Jaki samochód?” zapytał Sanchez.

„Stary pick-up Ford. Niebieski. Sam go konserwuje. Uparty”.

„Kamery?”

„Żadna, która obejmowałaby ten parking”, powiedział Lance. „System warsztatowy obejmuje tylko przód”.

Pomyśleli o wszystkim.

„200 tysięcy to grosze za taką robotę”, mruknął Rico.

„To tyle, ile mam w gotówce!” powiedział szybko Lance. „Dostaniesz dwa razy więcej, jak tylko wpłynie spadek. Mówimy o ponad milionie aktywów”.

„A gdyby staruszek zmienił testament?” zapytał Reed.

Lance zaśmiał się. Zimnym, ostrym głosem. „Nie zmienił. Widziałem. Jest zbyt sentymentalny, żeby pozbyć się jedynego syna”.

„A co z żoną?” – zapytał cicho trzeci mężczyzna, Vespa.

Niedbała obojętność Lance’a zmroziła mi krew w żyłach. „Lucinda? Ledwo utrzymuje się na rachunkach. A jeśli już zadaje pytania… to nie jest problem, z którym nie dalibyśmy sobie rady”.

Zamierzali skrzywdzić też Lucindę.

Koperta przeszła z rąk do rąk. „Przyjemność robić interesy” – powiedział Reed.

back to top