Stały, rytmiczny sygnał kardiomonitora uderzył mnie niczym symfonia. Po trzech tygodniach absolutnej, duszącej ciszy, ten prosty elektroniczny puls brzmiał piękniej niż jakakolwiek muzyka, przy której tańczyliśmy z moją zmarłą żoną Margaret. Przycisnąłem drżącą dłoń do piersi, czując bicie własnego serca – drżące, niepewne, próbujące zsynchronizować się z pewnym rytmem urządzenia.
„Panie Brooks” – głos dr Chen brzmiał krystalicznie czysto. Nie stłumiony, nie jak odległa wibracja, ale idealnie. „Słyszy mnie pan teraz?”
Skinąłem głową, a na mojej twarzy pojawił się głupi, szeroki uśmiech. Obawiałem się, że mówienie może zakłócić ten cud. Słuchawki do badania słuchu wciąż były przyciśnięte do moich uszu, a kiedy pielęgniarka przesyłała przez nie serię dźwięków, każdy z nich rejestrowała z oszałamiającą, krystaliczną czystością. Dłonie mi drżały, gdy w końcu je zdjąłem.
„Wszystko… wszystko wróciło” – wyszeptałam, a potem głośniej, zdumiona bogatym, zapomnianym brzmieniem własnego głosu. „Wszystko”.
Leave a Comment