Ból uderzył niczym błyskawica, brutalny, oślepiający błysk, który rozdarł mi klatkę piersiową na pół. Gwałtownie sapnęłam, a moje oczy otworzyły się gwałtownie, oślepione ostrym, sterylnym, białym światłem, które sprawiło, że moja czaszka pulsowała w rytmie szaleńczego pikania maszyny, której nie widziałam. Gdzie ja byłam? Pokój wirował w mdłych, leniwych kręgach. Białe ściany, kolejne pikające maszyny i sieć przezroczystych plastikowych rurek wijących się z moich ramion niczym inwazyjne pnącza. Próbowałam usiąść, ale moje ciało krzyknęło w proteście, chórem agonii mięśni, o których istnieniu nie wiedziałam. Coś było nie tak. Strasznie nie tak. Czułam, jakby ktoś rozłupał mi klatkę piersiową łomem, a potem niedbale zszył zszywkami. Przez cienką, upokarzająco rozpiętą szpitalną koszulę czułem grube, ciasne warstwy bandaży owinięte wokół mojego tułowia.
„Panie Thompson, jest pan przytomny”. Przy moim łóżku pojawiła się kobieta w białym fartuchu, jej sylwetka wyostrzyła się. Miała miłe, inteligentne oczy za okularami w drucianej oprawie. „Jestem dr Carter, pani kardiolog. Jak się pani czuje?”
„Jakbym potrąciła ciężarówkę” – wydusiłem z siebie ochrypłym, urywanym szeptem. Gardło paliło mnie, drapało i drapało. „Co… co mi się stało?”
Leave a Comment