Wstrzymałam oddech. Wnuk. Ta myśl zaparła mi dech w piersiach. „Nie wiedziałam” – mruknęłam, czując, jak miękną mi nogi. „Jak on się nazywa?”
„Nieważne” – powiedziała Olga po chwili milczenia. „Słuchaj, wyślę ci trochę pieniędzy. Idź do mojej cioci Klavy. Będę ci wysyłać pieniądze co miesiąc. Tylko nie przychodź tu więcej. Nigdy. Mój mąż, Mark, nie może się dowiedzieć. Mój syn… Max… myśli, że jego babcia zmarła na chorobę, kiedy byłam mała”.
Max. Piękne imię. Moja córka ogłosiła mnie zmarłą swojemu synowi.
„Rozumiem” – powiedziałam z trudem. „Ale czy nie możesz po prostu wyjść? Na chwilę? Chcę cię tylko zobaczyć”.
Z głośnika dobiegło ciężkie westchnienie. „Mamo, nie mam czasu”. Chwilę później dodała: „Ma na imię Max. To bardzo mądry chłopiec. Do widzenia, mamo”.
Połączenie ucichło. Stałam tam, mokra od deszczu, z sercem wbitym w klatkę piersiową.
Spędziłam noc na dworcu. Następnego dnia siedziałam w urzędzie pracy, wypełniając ankietę. Kiedy dotarłam do rubryki „Ostatnie miejsce pracy”, zamarłam.
„Następne” – zawołał zmęczony głos. Wzięłam papiery i podeszłam do okienka.
„Ostatnie miejsce pracy nie jest tu wpisane” – powiedziała kobieta, nie podnosząc wzroku.
„Ja… ja byłam w więzieniu przez dwadzieścia lat” – powiedziałam cicho.
W końcu spojrzała na mnie obojętnym wzrokiem. „Rozumiem. Masz jakąś specjalizację?”
„Byłam pielęgniarką” – odpowiedziałam.
„Nie dostaniesz pracy w medycynie z przeszłością kryminalną” – powiedziała, kręcąc głową. „Może sprzątaczka? Albo zmywaczka? Jest wakat na stanowisko asystentki pielęgniarki w domu opieki. Ale praca jest ciężka”.
„Dam radę” – powiedziałam stanowczo. „W oddziale medycznym kolonii musiałam robić o wiele więcej”.
Dom opieki „Złota Jesień” znajdował się na obrzeżach miasta. Długo stałam przy bramie, zbierając odwagę. Zapach leków i wybielacza był boleśnie znajomy.
Przydzielono mnie na oddział dla pacjentów obłożnie chorych. „To nasz specjalny pacjent” – powiedziała pielęgniarka oddziałowa, Natalia, wskazując gestem salę na końcu sali.
sali. „Profesor Arkadij Woroncow. Doznał ciężkiego udaru i jest prawie całkowicie sparaliżowany”.
W łóżku leżał szczupły, siwowłosy mężczyzna, z oczami utkwionymi w oknie. Powoli odwrócił głowę, gdy weszliśmy, a jego wzrok był ciężki i taksujący. Przypomniał mi sędziego, który odczytał mój wyrok. „Nie” – powiedział bełkotliwie, ale wyraźnie.
Praca była ciężka fizycznie, ale znajoma. Tylko profesor Woroncow pozostał niezwyciężony. Tolerował moją opiekę, ale odwracał się za każdym razem, gdy próbowałem z nim rozmawiać. Pewnego dnia zobaczyłem, jak z trudem sięga po książkę. Upadła na podłogę. „Cholera!” – wysapał, a ja ze zdziwieniem zobaczyłem w jego oczach łzy bezradnej frustracji.
„Poczytaj mi” – zaproponowałem, podnosząc książkę.
Leave a Comment