Cichy głos był tak nieoczekiwany, że Veronica się wzdrygnęła. Spojrzała w górę, z zapłakaną twarzą i zobaczyła małą dziewczynkę, nie starszą niż osiem, dziewięć lat, stojącą tuż przed nią. Dziewczynka była schludna i zadbana w niebieskim płaszczu zapiętym pod samą szyję i jaskrawoczerwonych kaloszach. Dwa schludne brązowe warkoczyki okalały poważną twarz. Trzymała mały plecak z postacią z kreskówki. Zupełnie zwyczajna mała dziewczynka. Z wyjątkiem oczu. Jej oczy nie były oczami dziecka. Były szare, przenikliwe i zaskakująco spostrzegawcze, jakby dostrzegały coś głęboko w Veronice.
Instynkt nauczycielski włączył się automatycznie. Veronica rozejrzała się po tłumie, szukając rodziców dziewczynki. W pobliżu nie było nikogo, kto wydawałby się do niej należeć.
„Zgubiłaś się?” zapytała Veronica, ocierając policzki grzbietem dłoni.
Dziewczynka pokręciła głową. „Nie. Po prostu zapytałam, dlaczego płaczesz”.
Veronica nie mogła powstrzymać się od łzawego, słabego uśmiechu. Dzieci. Tak bezpośrednio. Bez żadnych społecznych filtrów. „Spóźniłam… spóźniłam się na bardzo ważny pociąg” – wyjaśniła, jakby zwracała się do któregoś ze swoich uczniów. „Widzisz, miałam coś bardzo ważnego do zrobienia w innym mieście, a teraz… teraz wszystko legło w gruzach”.
Dziewczyna przechyliła głowę, przyglądając się Weronice z dziwnym, niepokojąco dorosłym skupieniem. „Nie powinnaś płakać, kiedy los zsyła ci prezent” – powiedziała cichym i dojrzałym głosem, jak na swój wiek. „Idź do pracy męża. Będziesz szczęśliwa, że spóźniłaś się na pociąg”.
Weronika zamarła. Co za dziwaczne słowa. Skąd dziecko mogło wiedzieć o swoim mężu? Czy to tylko zbieg okoliczności? Zdanie, które podsłuchała i teraz powtarzała?
„Co? Skąd wiesz o moim mężu?” – zapytała, a nagły dreszcz przebiegł jej po plecach.
Ale dziewczyna już znikała w tłumie, rozpływając się w morzu nóg i bagażu. W jednej chwili zniknęła. Weronika z trudem podniosła się na nogi, jej złamany obcas chwiał się niebezpiecznie. Rozejrzała się po holu, rozglądając się dookoła. Jak mogła zniknąć tak szybko? Stała tuż obok, a potem po prostu zniknęła, jakby rozpłynęła się w porannym pośpiechu.
Czy mi się wyobraziła? Myśl była przerażająca, ale odepchnęła ją. Nie, ta dziewczyna istniała naprawdę. Nie była halucynacją. Po prostu obcym dzieckiem, być może takim, które spędzało zbyt dużo czasu z dorosłymi i naśladowało ich mowę. Ale jej słowa… te słowa rozbrzmiewały w jej głowie. Idź do pracy męża.
Co za nonsens, pomyślała Weronika, szukając w torebce lusterka. Odbicie było przerażające: opuchnięte, zaczerwienione oczy, smugi czarnego tuszu do rzęs i twarz trzydziestopięcioletniej kobiety, która właśnie straciła ostatnią szansę na normalne życie. Westchnęła i sięgnęła po nawilżaną chusteczkę.
Po umyciu twarzy najlepiej, jak potrafiła, pokuśtykała do wyjścia ze stacji. Co teraz? Wrócić do domu i cały dzień użalać się nad sobą? A może pójść do centrum handlowego i wydać resztę pieniędzy na coś bezużytecznego, żeby uśmierzyć rozpacz?
Słowa dziewczyny znów wypłynęły na powierzchnię, natarczywe. Idź do pracy męża.
Leave a Comment