Moi rodzice zginęli w wypadku samochodowym, kiedy miałam siedem lat.
Od tamtej pory wszystko, co o nich wiedziałem, wydawało mi się niczym dym – nieuchwytne, nieosiągalne.
A teraz zostawili mi tylko jaskinię.
Bezwartościową.
Złożyłem kartkę i wsunąłem ją z powrotem do koperty.
„Jasne” – mruknąłem.
W tekturowym pudełku znajdowały się moje ubrania, zniszczony egzemplarz „Zabić drozda” i zdjęcie moich rodziców na tle sosen i śniegu.
Uśmiechali się, ich włosy powiewały na wietrze, żywi.
Przyjrzałem się drzewom za nimi i zdałem sobie sprawę, że zdjęcie zostało zrobione prawdopodobnie na tym samym terenie.
Jaskinia.
W południe jechałem autobusem na północ, mając czterdzieści siedem dolarów w kieszeni i nie mając dokąd jechać.
Najbliższe miasteczko od osiedla było tak małe, że kierowca autobusu musiał dwa razy spojrzeć, zanim się zatrzymał.
„Jesteś pewien, że to twój przystanek?” – zapytał.
„Tak” – powiedziałem, wychodząc na zimne górskie powietrze pachnące żywicą i kamieniem.
Był koniec października.
Szczyty gór były już pokryte białym szronem.
Spodziewałem się czegoś innego – może chaty, może niczego.
Ale kiedy podążałem za wyblakłą mapą dołączoną do aktu własności i przeszedłem trzy kilometry wąską ścieżką, zacząłem rozumieć.
Teren był piękny.
Wysokie sosny żółte strzegły zbocza.
Przez niższą półkę przecinał strumień, którego woda była czysta i wartka.
A tam, na wpół ukryta za dzikimi krzakami i skałami, znajdowała się jaskinia.
Nie była dramatyczna.
To nie była rozwarta paszcza smoka.
Po prostu skromny otwór w wapieniu, około dwóch metrów wysokości i prawie czterech metrów szerokości, zacieniony i cichy.
Stałem tam przez długi czas.
„To już?” – wyszeptałem.
Powietrze, które wydostawało się na zewnątrz, było chłodne, ale nie lodowate.
Spokojne.
Równomierne.
Wszedłem.
Pierwsza komora była przestronna i sucha.
Słońce wnikało wystarczająco głęboko, odsłaniając gładkie kamienne ściany i zaskakująco płaski grunt.
W głębi jaskinia skręcała łagodnie w prawo.
Zawahałem się przez chwilę, po czym włączyłem małą latarkę i ruszyłem dalej.
Temperatura prawie się nie zmieniła.
Na zewnątrz panował przenikliwy chłód.
W środku było… stabilnie.
Jak w piwnicy latem.
Położyłem dłoń na kamiennej ścianie.
Było chłodno, ale nie lodowato.
Leave a Comment