„Sophie” – powiedziałam, łagodniejąc, ale stanowczo. „To tylko woda. Zaraz tam będę. Nikt cię nie skrzywdzi”.
Popatrzyła na mnie, wpatrując się w moją twarz. Nie wiem, co zobaczyła – może determinację, może poczucie bezpieczeństwa – ale powoli, z bólem skinęła głową. To była rezygnacja więźnia prowadzonego na dziedziniec.
Jazda samochodem na basen przypominała kondukt pogrzebowy. Sophie patrzyła przez okno, jej mała dłoń ściskała pas bezpieczeństwa. Kiedy dotarliśmy, uderzył nas zapach chloru i kremu z filtrem, zazwyczaj zapach radości. Dziś pachniało jak w sali przesłuchań.
Szata była pusta, dzięki Bogu. Był wtorkowy poranek. Nad głowami brzęczały jarzeniówki.
„Dobra, przebierzmy się” – powiedziałam, podając Sophie różowy kostium kąpielowy.
Stała jak sparaliżowana.
„Sophie, potrzebujesz pomocy?”
Cofnęła się do szafek, metal brzęknął o jej drobną sylwetkę. Gwałtownie pokręciła głową.
„Lily” – powiedziałam spokojnym głosem. „Może pomożesz Sophie z guzikami przy jej koszuli?”
Lily, niewinna i pomocna, zrobiła krok naprzód. „Proszę, Sophie”.
Zanim Sophie zdążyła krzyknąć, Lily podniosła rąbek za dużej koszulki.
Czas się zatrzymał.
Krzyk uwiązł mi w gardle. Plecy Sophie były jak płótno tortur. To nie były tylko siniaki. Okrągłe oparzenia – ślady po papierosach – pokrywały jej dolną część pleców makabryczną konstelacją. Na żebrach widniały pręgi, wypukłe i groźne.
„Nie!” wrzasnęła Sophie, próbując ściągnąć koszulkę i zwinąć się w kłębek na brudnej, kafelkowej podłodze. „Nie patrz! Przepraszam! Przepraszam, nie mów! Powiedziała, że zabije mamę, jeśli powiem!”
Upadłam na kolana, ignorując mokrą podłogę, i objęłam szlochającą dziewczynkę. Czuła się krucha, wibrowała z przerażenia. Spojrzałam na oparzenia, świeże, fioletowe ślady na jej ramionach. Mój wzrok zamglił się z wściekłości tak białej, że prawie mnie oślepiła. Nie byłam już księgową. Nie byłam siostrą. Byłam drapieżnikiem, a ktoś zranił moje stado. Wstałam i wzięłam Sophie na ręce. „Nie będziemy pływać” – powiedziałam zdezorientowanej i przerażonej Lily. „Jedziemy do szpitala. A potem spalę czyjś świat doszczętnie”.
Jazda do szpitala była jak w mgnieniu oka z adrenaliną. Prowadziłam, trzymając jedną rękę na kierownicy, a drugą sięgając do tyłu, żeby ścisnąć kostkę Sophie, unieruchamiając ją w bezpiecznym miejscu. Dziesięć razy dzwoniłam do Nicole. Od razu na pocztę głosową. Wybrałam Brandona. Nic.
„Mamo, czy Sophie umiera?” – zapytała Lily z tylnego siedzenia cichym głosem.
„Nie, kochanie. Ale jest ranna i lekarze muszą ją opatrzyć”.
Leave a Comment