Cztery lata. Tyle mi dali za to, że postąpiłem słusznie. Widziałem, jak dwóch bogatych palantów ciągnęło dziewczynę w zaułek i interweniowałem. Oni znali ludzi, ja nie. Poszli na łatwiznę, a ja zostałem skazany za napaść. Przez cztery lata trzymałem się jednej rzeczy: myśli o powrocie do domu, do mojej narzeczonej, Mariny.
W dniu, w którym się stamtąd wydostałem, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wsiąść do autobusu na skraj miasta, do małego domu, który odziedziczyłem po rodzicach. Szedłem zarośniętą ścieżką, serce waliło mi z mieszanką nadziei i strachu. Włożyłem stary klucz do zamka. Nie przekręciłem.
Zdezorientowany, zapukałem. Drzwi skrzypnęły, a twarz, która wyjrzała, nie należała do Mariny. To była wątła staruszka, z twarzą pomarszczoną jak mapa drogowa, z bladymi, szarymi oczami szeroko otwartymi ze strachu. Nie mogła mieć więcej niż półtora metra wzrostu.
Leave a Comment