Frank zawahał się, jego nóż zatrzymał się na drewnie. „Wspomniała o spotkaniu z kimś. Powiedziała, że to po to, żeby wszystko sformalizować. Potem wydawała się ulżona”.
„Sformalizowany”. To słowo odbiło się echem w mojej głowie. Skoro spisała testament, dlaczego nigdzie go nie ma? Kto by skorzystał na jego zniknięciu?
Podziękowałem Frankowi i kontynuowałem spacer. W pobliżu Domku 7 zobaczyłem postać, której się nie spodziewałem. Mój ojciec. Rozmawiał z mężczyzną w koszulce polo z notesem – agentem nieruchomości.
Ojciec mnie zauważył i zesztywniał. Agent podążył za jego wzrokiem, po czym uprzejmie skinął głową i odszedł w stronę swojego samochodu.
„Co to było?” zapytałem, podchodząc do niego.
„Nie twoja sprawa” – odpowiedział, zaciskając szczękę. „Rozważamy opcje”.
„Opcje na co?”
„Przyszłość” – powiedział, otrzepując wyimaginowany kurz z koszuli. „Te miejsca potrzebują prawdziwego zarządzania, Eleno. Nie jakiejś fantazji o marynarce wojennej”.
„Próbujesz je sprzedać” – powiedziałam, a ta świadomość uderzyła mnie z zimną krwią.
Nie zaprzeczył. „Są nasze. Możemy robić, co chcemy”.
„Zachowujesz się, jakby babcia nie istniała” – powiedziałam, a mój głos stał się ciaśniejszy. „Ufała mi”.
Tata prychnął. „Ufała ci, bo cię rozpieszczała”.
Patrzyłam, jak odjeżdża, w powietrzu unosił się zapach kurzu i spalin. Natychmiast zadzwoniłam do mojej prawniczki, Andrei Wallace.
„Przygotowują się do likwidacji” – powiedziała Andrea, kiedy jej o tym powiedziałam. „Musimy działać szybko. Ale bez podpisanego testamentu…”
„Potrzebuję dowodu” – powiedziałem. „Dowodu, że taki istniał”.
Kilka dni później pastor z kościoła babci wręczył mi zapieczętowaną kopertę. „Zostawiła mi to” – powiedział. „Na wszelki wypadek”.
W środku znajdował się poświadczony notarialnie list z informacją o jej zamiarze przekazania mi praw zarządczych. Z tyłu zaś przypięta była kserokopia wpisu do księgi wieczystej notariusza.
Serce mi zabiło mocniej. Oto i on. Jej imię i nazwisko, data, godzina i nazwiska świadków podpisujących jej testament.
Podpisała go.
Wpis do księgi wieczystej doprowadził mnie do Samuela Rohra, emerytowanego notariusza, który mieszkał kilka ulic od kościoła.
Miał ponad osiemdziesiąt lat i wspierał się na lasce, ale jego wzrok był bystry jak wypolerowane szkło.
„Poruczniku Ward” – powitał mnie, zanim jeszcze się przedstawiłem. „Słyszałem, że może pan przyjść”.
Zaprosił mnie do środka. „Twoja babcia zadzwoniła do mnie tydzień przed śmiercią” – powiedział, uspokajając się.
jego fotelu. „Chciała mieć pewność, że domki trafią do kogoś, kto je zrozumie. Spotkaliśmy się przy jej kuchennym stole. Podpisała testament na moich oczach”.
„Podpisała go” – wyszeptałam.
„O tak” – powiedział. „Jasne jak słońce. Zarejestrowałem to. Miała dwóch świadków – sąsiadów. Porządnych ludzi. Sam podstemplowałem dokument”.
„Czy nadal masz ten dziennik?”
Podszedł do półki z książkami i wyciągnął starą, oprawioną w skórę książkę. Otworzył ją na stronie 72.
Był. Jej podpis. Podpisy świadków. Jego pieczęć.
„To znaczy wszystko” – powiedziałam, a łzy zapiekły mnie w oczach.
„Wiem” – powiedział cicho. „Dlatego trzymałem ten dziennik pod ręką. Coś mi mówiło, że będzie ci potrzebny”.
Wyszłam z jego domu z kserokopią wpisu do dziennika i przysięgą. Testament istniał. Był podpisany. I zniknęło natychmiast po jej śmierci.
Ktoś je usunął. Ktoś je zniszczył.
Zadzwoniłam do Andrei. „Mamy je” – powiedziałam.
„To ogromna sprawa” – odpowiedziała Andrea cicho. „To już nie jest zwykły spór, Eleno. To dowód zniszczenia testamentu. To oszustwo. Możliwe przestępstwo”.
„Wiem” – powiedziałam. „I jestem gotowa”.
Leave a Comment