Zobaczyłem go. Myśliwiec z RPG-iem wyłaniający się zza skalnej ściany.
Mój świat zawęził się do celownika. Regulacja wiatru, trzy kliknięcia w lewo. Dostosowano wysokość. Wdech. Wydech. Pauza na dole. Ściśnij.
Odrzut M24 uderzył mnie w ramię. Sekundę później różowa mgiełka rozprysła się na szarej skale. Myśliwiec opadł.
„Dobry efekt na celu” – wyszeptał mój obserwator. „Czyste zabójstwo”.
Nie czułem mdłości. Czułem zimną, profesjonalną satysfakcję. Właśnie uratowałem życie czterem Amerykanom. Byłem w tym dobry. Byłem w tym wyjątkowy.
Miałem dwie tury. Zdobyłem potwierdzoną liczbę zabójstw, która zazdrościłaby każdemu oficerowi sztabowemu mojego ojca. A kiedy w końcu uzyskałem dostęp do tajnych informacji i dołączyłem do Wydziału Działań Specjalnych, wybrałem swój znak wywoławczy.
Duch 13.
Liczba trzynaście oznaczała pecha. Pecha mojego ojca. Bo myślał, że pogrzebał mnie pod swoimi kłamstwami. Nie zdawał sobie sprawy, że zmuszając mnie do ukrycia się w cieniu, dał mi idealną przykrywkę.
„Major Neves”.
Głos przywrócił mnie do teraźniejszości. Do sali odpraw w MacDill.
Marcus Hale się nie poruszył. Odwrócił się do mojego ojca plecami – naruszenie protokołu tak rażące, że wywołało okrzyk zdumienia w pierwszym rzędzie. Patrzył prosto na mnie.
„Pułkowniku” – odpowiedziałem spokojnym głosem.
„Prosiłem o konkretnego agenta” – powiedział Hale niskim, groźnym głosem. „Powiedziano mi, że agent jest w tym pokoju. Czy pan podaje się za tę tożsamość?”
Ojciec wyjąkał za nim. „Pułkowniku, nie wiem, w co pan gra, ale moja córka jest oficerem logistyki! Zamawia spinacze! Ona nie jest…”
„CISZA!” Hale ryknął.
Słowo zatrzeszczało jak bicz. Mój ojciec zamarł z szeroko otwartymi ustami. Nikt nie kazał Arthurowi Nevesowi milczeć. Nie w jego własnej bazie. Nie w jego własnym królestwie.
Hale nawet się nie odwrócił. Nie spuszczał mnie z oka. „Zadaję panu pytanie, majorze. Status i identyfikator”.
To był ten punkt. Punkt bez powrotu. Wziąłem oddech. Puściłem córkę, która czyściła meble ogrodowe. Puściłem dziewczynę, która chowała wstążki pod łóżkiem.
„Duch 13” – powiedziałem. Nazwa zawisła w powietrzu jak dym.
„Sektor?” – zapytał Hale.
„Sierra Tango” – odpowiedziałem. „Hindu Kush. Operacja Dolina Śmierci. Obserwacja dla Sześciu Zespołów”.
Hale skinął głową, jego wyraz twarzy był nieczytelny. „A pana poziom uprawnień?”
Zatrzymałem się na ułamek sekundy. Pozwoliłem, by mój wzrok powędrował w stronę ojca, który stał tam, mrużąc oczy z wyrazem konsternacji na twarzy.
„Poziom Piąty” – powiedziałem wyraźnie. „Yankee White. Program Specjalnego Dostępu”.
Reakcja była natychmiastowa i katastrofalna. Ręka ojca, trzymająca szklankę z wodą, zaczęła drżeć. Woda rozchlapywała się, kapiąc na jego wypolerowane buty.
Poziom Piąty. Wiedział, co to oznacza. Mój ojciec był generałem trzygwiazdkowym; miał uprawnienia Trzeciego Poziomu. Uważał się za Boga. Ale Poziom Piąty? To była stratosfera. To była wiedza tak ważna, że nawet generałów nie wczytywano, chyba że byli kluczowi dla misji. Oznaczało to, że melduję się w cieniu. Oznaczało to, że wiem rzeczy, za które, gdybym wyszeptał mu je do ucha, trafiłby do więzienia.
„To… to niemożliwe” – wyjąkał ojciec, a jego głos stracił cały swój donośny ton. Rozejrzał się po pokoju, rozpaczliwie szukając sojusznika. „Ona kłamie. Ma urojenia. Pracuje w zaopatrzeniu!” Spojrzał na swojego szefa S.
Taff, pułkownik Rohr. „Powiedz mu, Rohr. Powiedz mu, że to tylko papierkowa robota”.
Leave a Comment