Wciąż pamiętam ich śmiech, gdy ciężarówka odjechała od dystrybutora. Nie był radosny; to był ostry, zgrzytliwy dźwięk, niczym tłuczone szkło o asfalt.
Opony wzbiły tumany duszącego kurzu, południowe słońce waliło mnie w plecy, a serce podskoczyło mi do gardła.
„Kyle!” krzyknęłam, biegnąc za gasnącymi tylnymi światłami, machając rękami w powietrzu jak idiotka. „Kyle, stój!”
Ale oni nie przestali. Po prostu śmiali się jeszcze głośniej.
Widziałam ich wyraźnie – jego braci, Brada i Chase’a – wychylających się przez okna pasażera, trzymających telefony w górze i filmujących wszystko. Czerwone światełka migały jak maleńkie, drwiące oczka. Słyszałam, jak Chase krzyczy ponad rykiem silnika, a jego głos niósł się na wietrze: „Powodzenia, Lena! Do zobaczenia za trzysta mil!”
Potem minęli zakręt, a cisza, która wdarła się nagle, zastępując warkot silnika, była ogłuszająca.
Stałam na stacji benzynowej na odludziu – opustoszałym kawałku betonu z jedną pompą, łazienką pachnącą amoniakiem i zaniedbaniem oraz automatem z wybielonymi słońcem chipsami.
Mój telefon właśnie padł. Nie było ładowarki. Nie było portfela. Nie było wody.
Leave a Comment