Widok z czterdziestego piątego piętra był kłamstwem. Stałam przed sięgającą od podłogi do sufitu szybą salonu, obserwując San Francisco lśniące niczym rozlana szkatułka na biżuterię pode mną. Było pięknie, owszem, ale to było zimne piękno. Ten penthouse, z włoskimi marmurowymi podłogami i robionym na zamówienie żyrandolem, który wyglądał jak zamarznięty deszcz, miał być naszym sanktuarium. Zamiast tego stał się złotą klatką, w której trzymałam zwierzaka, który uważał się za króla.
Pracowałam do późna, jak zwykle. Błękitne światło ekranu laptopa było jedynym ciepłem w pokoju, dopóki nie usłyszałam skrzypnięcia ciężkich dębowych drzwi. Zapach uderzył mnie, zanim on to zrobił – Le Labo Santal 33, woda kolońska, która kosztowała trzysta dolarów za butelkę. Cenę znałam doskonale, bo wczoraj widziałam powiadomienie na wyciągu z karty kredytowej.
„Kochanie?” Głos Marka był cichym mruczeniem, takim, jakiego używa kot, zanim strąci szklankę ze stołu.
Leave a Comment