Więc pozwoliliśmy mu. Rozstawiliśmy niebieski namiot Colemana w pobliżu dębu. Leo wyszedł ze śpiworem, latarką, Nintendo Switch i paczką krakersów Goldfish w rozmiarze rodzinnym. Wyglądał, jakby szykował się do zdobycia Everestu, a przynajmniej do zdobycia kota sąsiada.
Ale następnego ranka nie wrócił do domu. I kolejnego ranka.
W drugim tygodniu „uroczy” przerodziło się w „niepokojący”. Leo stanowczo odmawiał spania we własnym łóżku. Za każdym razem, gdy to sugerowaliśmy, uciekał wzrokiem i jąkał się coraz bardziej desperacko. Na zewnątrz jest chłodniej. Gwiazdy są ładniejsze. Testuję swoją wytrzymałość.
Wtedy zaczęło się dziwne zachowanie.
Leo zaczął wkradać się do domu o 3:00 nad ranem. Jak złodziej we własnym domu. Słyszałem skrzypienie tylnych drzwi, a potem gorączkowy tupot bosych stóp na linoleum, gdy przeszukiwał spiżarnię. Biegł z powrotem do namiotu, jakby coś go goniło, ściskając batony zbożowe i kartoniki soku do piersi.
Nie chciał wejść do środka nawet po to, żeby skorzystać z toalety. Znalazłem sześć butelek Gatorade wypełnionych moczem, schowanych w kącie jego namiotu, ukrytych pod stertą brudnych ubrań. Kiedy go skonfrontowałem, zrobił się czerwony na twarzy i mruknął coś o „zachowaniu ducha przetrwania”.
Założył kłódkę na zamek błyskawiczny namiotu od wewnątrz – lichą kłódkę do bagażu, która nie powstrzymałaby zdeterminowanej wiewiórki, ale wiele mówiła o jego stanie umysłu. Zaczął odrabiać lekcje przy latarce, pochylony nad zeszytami w słabym pomarańczowym blasku namiotu, zamiast siedzieć przy swoim idealnie czystym biurku.
Kropla goryczy przelała się, gdy przyłapałam go o szóstej rano, drżącego w piżamie Spider-Mana, myjącego twarz lodowatą wodą z węża ogrodowego. Miał sine usta.
„Leo, to musi się skończyć” – zażądałam, chwytając ręcznik i owijając nim jego drżące ramiona. „Co się właściwie dzieje? Czemu nie idziesz do swojego pokoju?”
W jego oczach zapłonęła panika. Prawdziwa, instynktowna panika. „To na zajęcia z nauk ścisłych!” – wyrzucił z siebie. „Mój projekt! Pani Laya powiedziała, że muszę przez cały miesiąc obserwować nocne zwierzęta. Jeśli będę spał na zewnątrz, dostanę dodatkowe punkty!”
Kłamstwo było tak absurdalne, że aż imponujące. Pani Laya uczyła angielskiego, a nie przyrody. A ja wiedziałam na pewno, że jedynym nocnym zwierzęciem na naszym podwórku jest szop o imieniu Bandit, który zjada nasze śmieci.
„Mark” – powiedziałam później tego ranka, patrząc, jak Leo z trudem idzie na przystanek autobusowy, dźwigając plecak na swoich małych ramionach. „Coś jest nie tak. Jest przerażony”.
„Sprawdzę namiot” – powiedział Mark ponurym głosem. „Ty sprawdź jego pokój”.
Podczas gdy Mark szedł na podwórko, ja poszłam korytarzem do sypialni Leo. Drzwi były zamknięte. Pchnęłam je, spodziewając się zwykłego zapachu brudnych skarpetek i wiórków ołówkowych.
Zamiast tego poczułam ucisk w żołądku.
Pokój wyglądał na… zamieszkany. Leo nie spał tu od miesiąca, a mimo to łóżko było w opłakanym stanie. Pościel była pognieciona i odrzucona, kołdra poskręcana. Na poduszce wgniecionej w nieomylny sposób odciśnięty był odcisk głowy.
Podeszłam bliżej, serce waliło mi w piersi. Wyciągnęłam rękę i wyrwałam pojedynczy, długi, ciemny włos z poszewki na poduszkę NASA Leo. Był szorstki i tłusty.
Zdecydowanie nie były to cienkie blond włosy Leo. Zdecydowanie nie moje. I zdecydowanie nie Marka.
Spojrzałam w okno. Było otwarte. Ekran był lekko wygięty w dolnym rogu, a metalowa siatka wykrzywiona, jakby ktoś wielokrotnie ją podważał.
Wtedy zobaczyłem biurko.
Wyryte głęboko w drewnie, tuż obok miejsca, gdzie Leo zazwyczaj odrabiał pracę domową z matematyki, były słowa, które sprawiły, że krew zamarzła mi w żyłach.
DZIĘKI ZA POKÓJ, DZIECIAKU.
Zalała mnie fala mdłości. Ktoś nie tylko się włamał. Ktoś się wprowadził.
Rozdział 2: Gość-widmo
Wytoczyłem się z pokoju, ściskając ciemne włosy jak jadowitego węża. Mark spotkał mnie na korytarzu, trzymając zardzewiały nóż myśliwski.
„Znalazłem to pod poduszką w namiocie” – powiedział Mark, blady na twarzy. „I to”.
Uniósł garść pustych opakowań po jedzeniu. Bunyons. Mountain Dew Code Red. Marka suszonej wołowiny o nazwie Big Bill’s.
„Nie kupujemy tego” – szepczę.
d. „Mark, spójrz na to”.
Pokazałem mu włosy. Opowiedziałem mu o rzeźbie na biurku.
„Ktoś tam jest” – powiedziałem drżącym głosem. „Podczas gdy śpimy. Podczas gdy Leo jest w tym namiocie”.
Mark zacisnął szczękę. W jego oczach pojawiło się niebezpieczne spojrzenie – pierwotny instynkt ojca, który zdaje sobie sprawę, że jego kryjówka została naruszona. Ruszył, żeby jak burza wrócić do pokoju, ale złapałem go za ramię.
„Nie” – syknąłem. „Jeśli wejdziemy tam krzycząc, a jego tam nie będzie, będzie wiedział, że wiemy. Potrzebujemy dowodu. Musimy wiedzieć, kim on jest i jak się tu dostał”.
Tego popołudnia poszedłem do sklepu z elektroniką i kupiłem ukrytą kamerę – jedną z tych maleńkich kamer szpiegowskich zamaskowanych jako ładowarka USB do telefonu. Podłączyłem ją do gniazdka naprzeciwko łóżka.
Leave a Comment